Nie po to, żeby wszystko wymazać.
Po to, żeby jej powiedzieć, że prawda nie musi oznaczać końca.
– Możesz zostać z dziećmi – powiedziałam. – Ale nie jako pośredniczka między mną a nim. Nie jako ktoś, kto prosi mnie o pieniądze dla jego długów. Jeśli chcesz ratować siebie i dzieci, pomogę. Jeśli chcesz ratować jego kosztem mnie, drzwi są tam.
Marta skinęła głową.
Nie obiecywała od razu cudów.
I dobrze.
Miałam już dość pięknych słów bez czynów.
Kolejne tygodnie były ciężkie.
Sebastian próbował wrócić kilka razy. Raz przyszedł z kwiatami dla Marty. Raz z płaczem. Raz z krzykiem pod bramą, że „stara wiedźma zniszczyła rodzinę”. Mecenas zgłosił nękanie, a ja po raz pierwszy w życiu cieszyłam się, że Henryk kiedyś uparł się na porządny monitoring przy furtce.
Bank wypowiedział Sebastianowi część umów. Firma, którą tak się chwalił, okazała się w połowie zbudowana na długach i moich poręczeniach. Kiedy zostały cofnięte, wszystko zaczęło się sypać.
Nie czułam radości.
Może ktoś spodziewa się, że starsza kobieta, która odzyskuje sprawiedliwość, siedzi z herbatą i triumfuje.
Nie.
Ja siedziałam z herbatą i bolało mnie serce.
Bo w tym upadku była moja córka.
Moje wnuki.
Lata mojej naiwności.
Ale ból nie był już powodem, żeby cofnąć decyzję.
Marta znalazła pracę w małym biurze rachunkowym. Na początku tylko pół etatu. Potem więcej. Poszła do prawniczki, złożyła wniosek o rozdzielność majątkową i zaczęła porządkować swoje życie kartka po kartce.
Widziałam, jak trudno jej oddychać bez ciągłego pytania Sebastiana o pozwolenie.
Wiedziałam, jak to jest.