
Cisza rozlała się po sali, jakby samo pomieszczenie rozumiało, kto właśnie wszedł. Ryszard Domański — generał, człowiek, którego nazwisko znała cała Europa. Mężczyzna, którego obecność budziła spokój w dowódcach i trwogę w przeciwnikach. Jego pojawienie się w tej błyszczącej, wypełnionej zapachem szampana sali było jak zderzenie dwóch światów. Ruszył naprzód. Nikt nie ośmielił się go zatrzymać. — Wstań, córko — jego głos zabrzmiał równym tonem, prawie bez emocji. Ale dla Elizy był to dźwięk potężny i dobrze znany — głos, który potrafił zatrzymać każdą burzę. Posłusznie wstała. Ten, który chwilę wcześniej ją upokorzył, wydawał się teraz maleńką cieniem przy tym człowieku. Ryszard spojrzał na Tomasza. — To ty? — zapytał, jakby nie dowierzał własnym oczom. Tomasz otworzył usta, lecz nie znalazł słów. Jego matka zaczęła: — Proszę pana, generałe, musi pan zrozumieć… — — Zrozumiałem wszystko, — powiedział cicho generał. — Lepiej, niż pani przypuszcza. Podszedł do córki i ujął jej dłoń. — Powiedz mi tylko jedno: czy to prawda? — zapytał, patrząc jej w oczy.