Przez trzydzieści lat mąż powtarzał, że beze mnie sobie nie poradzę. Kiedy odszedł do młodszej, została mi pusta lodówka i pies. Powoli stanęłam na nogi – najpierw dorywcze sprzątanie, potem własne klientki. W zeszłym miesiącu zadzwonił – z prośbą o pożyczkę.

Gdyby ktoś trzy lata temu powiedział mi, że będę prowadzić własną firmę, roześmiałabym się mu w twarz. Albo rozpłakała. Bo trzy lata temu siedziałam na podłodze w pustej kuchni, z psem na kolanach i dwudziestoma złotymi w portfelu, i nie wiedziałam, czy starczy mi na chleb do końca tygodnia.

Wiktor wyszedł w czwartek. Bez awantury, bez trzaskania drzwiami. Postawił dwie walizki w przedpokoju, pogłaskał Burka i powiedział to, co powtarzał od lat:

– Beze mnie sobie nie poradzisz.

Tym razem zabrzmiało to jak diagnoza. Albo jak wyrok. Stałam w drzwiach sypialni i patrzyłam, jak ładuje walizki do samochodu, a potem odjeżdża. Nawet się nie odwrócił.

Trzydzieści lat. Tyle byłam żoną Wiktora Żelaznego z Lublina. Poznaliśmy się na zabawie sylwestrowej, kiedy miałam dwadzieścia dwa lata i pracowałam na kasie w sklepie obuwniczym przy Krakowskim Przedmieściu.

Wiktor był kierownikiem w hurtowni budowlanej, nosił skórzaną kurtkę i mówił z pewnością człowieka, który zawsze wie lepiej. Byłam zachwycona. Mama mówiła, że trafiłam na dobrego człowieka.

Przez pierwsze lata rzeczywiście było dobrze. Potem Wiktor zaczął mnie poprawiać. Najpierw drobne rzeczy – jak kroję cebulę, jak składam koszule, jak rozmawiam z sąsiadami. Potem większe – jak wydaję pieniądze, dlaczego kupuję nie tę kawę, czemu rozmawiam z koleżanką z pracy za długo.