Z czasem przestałam zauważać, że każda moja decyzja musi przejść przez jego filtr. Bo Wiktor nie krzyczał. Wiktor tłumaczył. Cierpliwie, spokojnie, z tym swoim zmęczonym uśmiechem, który mówił: ty biedna, głupia Jolka, bez mnie byś zginęła.
Kiedy Zuzia poszła na studia do Warszawy, zostaliśmy w mieszkaniu sami. I wtedy zobaczyłam, że oprócz Wiktora nie mam nikogo. Koleżanki z dawnej pracy się rozmyły, mama nie żyła od pięciu lat, siostra mieszkała w Anglii.
A Wiktor miał Monikę. Dowiedziałam się o niej przypadkiem – bo zostawił telefon na stole, a ja szukałam przepisu na szarlotkę i pomyliłam ekrany. Serduszka, zdjęcia z restauracji, wiadomości, od których zrobiło mi się gorąco w uszach.
Nie zrobiłam awantury. Nawet nie zapytałam. Bo przez trzydzieści lat nauczyłam się, że w naszym domu to Wiktor decyduje, kiedy się rozmawia i o czym.
To on w końcu podjął decyzję. W czwartek, po obiedzie, przy herbacie, oznajmił, że odchodzi. Że Monika jest młodsza, rozumie go lepiej, że zasłużył na szczęście. Że mi zostawi mieszkanie, bo nie jest bezduszny.
Mieszkanie – kawalerka z wielkiej płyty, czterdzieści trzy metry, z widokiem na parking. Lodówka prawie pusta, bo Wiktor zawsze robił zakupy i zabierał kartę. Pies Burek, mieszaniec z podwórka, którego Wiktor chciał oddać, ale ja się uparłam. I ja – Jolanta Żelazna, pięćdziesiąt dwa lata, bez pracy od piętnastu lat, bo Wiktor uznał, że żona kierownika nie musi stać za kasą.
Pierwsze tygodnie pamiętam jak przez mgłę. Zuzia przyjechała z Warszawy, przywiozła jedzenie, płakała, krzyczała do telefonu na ojca. Potem wróciła na studia, bo musiała. Zostałam z Burkiem, z rachunkami i z głosem Wiktora w głowie, który powtarzał: beze mnie sobie nie poradzisz.
Poszłam do OPS-u. Pani za okienkiem spojrzała na mnie znad okularów i wyjaśniła, że nie kwalifikuję się na zasiłek, bo mąż formalnie nadal jest mężem i mieszkanie jest wspólne. Wróciłam do domu i usiadłam na balkonie. Burek położył mi łeb na stopach. Siedziałam tak, aż zrobiło się ciemno.
Następnego dnia zadzwoniła Krysia, sąsiadka z drugiego piętra. Miała osiemdziesiąt lat, artretyczne dłonie i brudne okna, na które patrzyła od Wielkanocy.