– Jolka, umyłabyś mi te okna? Dam ci sto złotych.
Sto złotych za okna. Wzięłam wiadro, płyn i ściereczkę. Myłam te okna trzy godziny, bo Krysia miała ich osiem, a do dwóch trzeba było się wdrapywać na taboret. Kiedy skończyłam, Krysia dała mi sto dwadzieścia, bo powiedziała, że tak czysto to jeszcze u niej nie było. Potem dodała, że ma koleżankę na czwartym piętrze, która szuka kogoś do sprzątania.
Tak się zaczęło. Koleżanka miała sąsiadkę, sąsiadka miała córkę z małym dzieckiem, córka miała koleżankę z biura, która szukała kogoś do prywatnego domu. Po miesiącu miałam pięć stałych klientek.
Po trzech miesiącach – jedenaście. Sprzątałam po osiem godzin dziennie, wracałam z bolącymi plecami i spuchniętymi kolanami, ale wracałam do lodówki, w której było masło, ser i jajka kupione za własne pieniądze.
Burek witał mnie przy drzwiach jak bohaterkę.
Po pół roku zarejestrowałam działalność. Zuzia pomogła mi z papierami, siedziałyśmy razem przy laptopie, a ja bałam się każdego kliknięcia. Wiktor zawsze powtarzał, że jestem beznadziejna z komputerem, że popsuje coś, że lepiej niech on. Ale Zuzia była cierpliwa i w ogóle do Wiktora niepodobna. Pokazała mi, jak wystawiać rachunki. Jak prowadzić kalendarz w telefonie. Jak odpisywać na wiadomości.
Kupiłam sobie porządny odkurzacz, mop parowy i zestaw profesjonalnych środków. Za własne pieniądze, bez pytania nikogo o pozwolenie. Stałam w sklepie z tymi butelkami w koszyku i płakałam, bo to był pierwszy raz od trzydziestu lat, kiedy sama zdecydowałam, na co wydaję pieniądze.
Po roku miałam dwadzieścia trzy stałe klientki i listę oczekujących. Zatrudniłam Basię, rozwódkę z mojego bloku, która też szukała czegoś dorywczego. Potem doszła Ania, studentka z trzeciego roku. Zaczęłam odmawiać zleceniom, bo nie nadążałam. Wiktor by tego nie zrozumiał. Wiktor pewnie by powiedział, że to przypadek, że mi się poszczęściło, że to nic poważnego.
Ale Wiktor nie dzwonił. Przez dwa lata – cisza. Zuzia spotykała się z nim czasem na kawie, wracała markotna, mówiła niewiele. Wiedziałam od niej, że Monika jest młodsza o piętnaście lat, że pracuje w salonie kosmetycznym, że mieszkają w wynajmowanym mieszkaniu na Czechowie.
Rozwód przeszedł cicho, u notariusza. Podzieliliśmy to, co było do podziału – czyli niewiele. Mieszkanie zostało moje. Wiktor nie walczył, bo pewnie miał poczucie winy, a może po prostu nie chciało mu się.
Zeszły miesiąc, środa, godzina ósma wieczorem. Burek leży na kanapie, ja siedzę z herbatą i oglądam serial. Telefon wibruje. Numer nieznany, ale dzwoni z lubelskiego kierunkowego.
– Jolka? To ja.
Rozpoznałam go od razu. Ten spokojny, cierpliwy ton, jakby tłumaczył coś dziecku. Tylko teraz w tym tonie było coś jeszcze. Coś, czego nigdy wcześniej u niego nie słyszałam.
Niepewność.
– Słuchaj, wiem, że to dziwne, że dzwonię. Ale potrzebuję pomocy. Monika… no, rozstaliśmy się. Straciłem pracę w hurtowni, bo zmienili kierownictwo. Wiesz, jak to jest. Muszę zapłacić za wynajem, a nie mam z czego.
Milczałam. Burek podniósł łeb, jakby wyczuł zmianę w powietrzu.
– Jolka, pożycz mi trochę. Oddaję za miesiąc, jak tylko coś znajdę. Ty teraz dobrze stoisz, Zuzia mi mówiła.
Dobrze stoję. Ja dobrze stoję. Kobieta, która trzy lata temu siedziała na podłodze z dwudziestoma złotymi w portfelu – teraz dobrze stoi. I mąż, który trzydzieści lat mówił jej, że jest niezdolna do samodzielnego życia – dzwoni z prośbą o pieniądze.
Mogłam powiedzieć wiele rzeczy. Mogłam przypomnieć mu każdy dzień, w którym gasił we mnie kawałek pewności siebie. Każdy wieczór, kiedy patrzył na mnie z politowaniem. Każde zdanie, które zaczynało się od “ty nie rozumiesz” albo “lepiej ja to zrobię”. Mogłam powiedzieć mu, że beze mnie sobie nie poradzi. Byłoby sprawiedliwie. Byłoby symetrycznie. Byłoby dokładnie tak, jak on by to zrobił.
– Nie, Wiktor – powiedziałam spokojnie. – Nie pożyczę ci.
I rozłączyłam się.
Burek merdał ogonem. Herbata była jeszcze ciepła. Serial leciał dalej. Nic się właściwie nie wydarzyło. Tylko że trzydzieści lat skończyło się w jednym krótkim zdaniu – i to nie on je wypowiedział.