Po śmierci teściowej szukaliśmy testamentu. Notariusz powiedział, że testament jest, sporządzony rok temu – ale jedynym spadkobiercą nie był mój mąż, tylko kobieta, która opiekowała się teściową przez ostatnie trzy lata.

Gdybym wtedy, w kancelarii notarialnej, spojrzala na Grzegorza uważniej, zobaczyłabym, że on wcale nie jest zaskoczony. Ale ja patrzyłam na notariusza, na ten dokument w twardej okładce, na nazwisko wypisane starannym, urzędowym pismem – i nie mogłam zrozumieć ani jednego słowa, choć czytam po polsku od pięćdziesięciu lat.

Teściowa umarła w środę rano, cicho, we śnie. Zadzwonił Grzegorz z pracy, głos miał równy, jakby mówił o pogodzie. Stefania odeszła. Pojadę do niej, zamknę mieszkanie. Ty odbierz Olę ze szkoły.

Ola to nasza wnuczka, córka syna Daniela, który pracuje w Gdańsku i przyjeżdża, kiedy może. Odłożyłam telefon i pomyślałam, że powinnam coś poczuć – smutek, ulgę, żal. Poczułam głównie niepokój, że nie zdążę po Olę, bo z drugiego końca Włocławka autobus jedzie czterdzieści minut.