Przez 4 lata patrzyłem, jak moja 72-letnia sąsiadka kopie doły w ogrodzie i zasypuje je przed zmrokiem. Myślałem, że po śmierci męża po prostu zdziwaczała. A kiedy policja wyprowadzała ją w kajdankach, spojrzała na mnie i powiedziała tylko: „Proszę”. Wtedy zrozumiałem: to nie ona coś przed nami ukrywała. To my przez 4 lata nie widzieliśmy, jak jej własny syn łamał ją w jej własnym domu.

Pani Zofia mieszkała za naszym płotem. Niska, siwa, chudziutka, zawsze w ciemnej chustce albo w starym swetrze. Mąż zmarł jej dawno. Dzieci przy niej prawie nie widywałem.
Nasze domy stały na starej ulicy na obrzeżach miasteczka. Takiej, gdzie niby wszyscy wszystko widzą, ale każdy udaje, że cudze sprawy są za wysokim płotem.
Z panią Zofią przez 4 lata zamieniłem może 20 zdań. Nie siadała z sąsiadkami na ławce, nie prosiła o cukier, nie zagadywała przy furtce. Firanki miała prawie zawsze spuszczone.
Ale w każdą sobotę wychodziła do ogrodu z łopatą.
Najpierw pomyślałem, że coś sadzi. Starsza osoba, samotna, może ziemia trzymała ją przy życiu.
Tylko że ona niczego nie sadziła.
Kopała dół pod starą jabłonią. Potem siadała na odwróconym wiadrze. Później znowu zasypywała ziemię i równała tak dokładnie, jakby chciała, żeby nikt się nie domyślił.
— Teresa, ona znowu kopie — powiedziałem pewnego ranka do żony.
Teresa nawet nie podeszła do okna.
— Piotr, daj kobiecie spokój. Na starość każdy ma swoje dziwactwa.
— Ona nie ma dziwactw. Ona się boi.
— Kogo?
Wtedy jeszcze nie wiedziałem.
Widziałem tylko, że pani Zofia co kilka minut patrzy nie na ulicę, nie na mnie, tylko w swoje okno na piętrze. Firanka tam drgnęła. Ledwo, ale drgnęła.
Tydzień później pod jej dom podjechał srebrny samochód. Wysiadł mężczyzna około 45 lat. Nie zapukał. Otworzył furtkę swoim kluczem i wszedł do środka.
Pani Zofia stała przy grządce z łopatą. Gdy go zobaczyła, zrobiła się tak blada, że pomyślałem, że zaraz upadnie.
— Pewnie syn — powiedziała Teresa.
— A czemu ona się go tak boi?
— Bo ty już sobie dopowiadasz.
Może dopowiadałem. Wtedy często tak się uspokajałem.
Następnej soboty nie wytrzymałem. Podszedłem do płotu.
— Pani Zofio, może pomóc? Ciężko tak samej.
Drgnęła, jakbym krzyknął.
— Nie trzeba, dziękuję.
— Coś pani sadzi?
Łopata wypadła jej z rąk.
Spojrzała na swoje okno. To samo, w którym ruszyła się firanka.
— Niech pan nie pyta — wyszeptała. — Proszę pana.
I poszła do domu. Łopatę zostawiła w ziemi.
W nocy obudziło mnie skrobanie. Nie głośne, ale na starej ulicy takie dźwięki słychać od razu.
Podszedłem do okna.
W ogrodzie pani Zofii ktoś ciągnął coś ciężkiego pod niebieską plandeką. Sylwetka była szeroka, męska. To na pewno nie była ona.
Wziąłem telefon. Chciałem dzwonić na policję. Potem usiadłem na brzegu łóżka i pomyślałem: co ja powiem? Że widziałem cień? Że sąsiadka kopie doły?
Teresa mruknęła przez sen:
— Połóż się. Nie wtrącaj się, Piotr. Potem jeszcze ty będziesz winny.
Położyłem się.
To „nie wtrącaj się” długo potem siedziało mi w głowie.
Rano przy furtce pani Zofii były duże ślady męskich butów w błocie. Zapukałem do jej drzwi.
— Pani Zofio, to ja, Piotr z sąsiedztwa. Wszystko w porządku?
Za drzwiami długo była cisza.
Potem usłyszałem jej głos:
— Proszę iść do domu. Pan tylko pogorszy sprawę.
— Kto był u pani w nocy?
— Nikt.
— To proszę otworzyć.
Rozpłakała się. Cicho, prawie bez głosu.
— Błagam pana. Proszę iść.
Odszedłem. I znowu nic nie zrobiłem.