Po 2 dniach policja przyjechała jeszcze przed świtem. Niebieskie światła chodziły po suficie naszej sypialni. Wyskoczyłem na dwór w kurtce narzuconej na sweter.
W ogrodzie pani Zofii stali policjanci, jakiś mężczyzna po cywilnemu i ten sam syn ze srebrnego samochodu. Potem usłyszałem, że ma na imię Marek.
— Mama od dawna nie jest sobą — mówił głośno, żeby sąsiedzi słyszeli. — Bałem się, że zakopała coś niebezpiecznego. Przecież nie jestem jej wrogiem. Jestem jej synem.
Policjanci rozkopali dół pod jabłonią.
Wyciągnęli zardzewiałe metalowe pudełko.
W środku były listy, stare zdjęcia i mały dziecięcy bucik. Taki mały, że zmieściłby się w dłoni.
Nic wtedy nie rozumiałem.
Panią Zofię wyprowadzili z domu. Na jej chudych rękach były kajdanki. Nie krzyczała, nie tłumaczyła się. Szła tylko, patrząc pod nogi.
Marek stał obok i kiwał głową:
— Widzicie państwo? Mówiłem. Ona chowa różne rzeczy. Ona już nie rozumie, co robi.
Pani Zofia nagle podniosła oczy.
Nie na policję. Nie na syna.
Na mnie.
— Proszę — powiedziała.
Jedno słowo.
Teresa złapała mnie za rękaw:
— Piotr, nie wtrącaj się. Jest policja. Oni to wyjaśnią.
A ja patrzyłem na łopatę przy jabłoni, na metalowe pudełko, na mały bucik i na Marka, który za bardzo starał się wyglądać jak dobry syn.
I wtedy coś mi w głowie kliknęło.
Wyciągnąłem telefon i przypomniałem sobie noc, kiedy kamera na mojej szopie nagrała nie staruszkę, tylko tego, kto wnosił do ogrodu niebieską plandekę…
DZIĘKUJĘ WAM, ŻE DOCZYTALIŚCIE DO TEGO MIEJSCA
CIĄG DALSZY
BLOCK 2
— Proszę zaczekać — powiedziałem do policjanta.
Głos wyszedł mi słabszy, niż chciałem. Jakby nie mój. Ale wszyscy się obejrzeli.
Marek pierwszy.
Na sekundę z jego twarzy zniknęła ta zatroskana maska dobrego syna. Oczy zrobiły się ostre i zimne.
— A pan kim jest? — zapytał.
— Sąsiadem.
Policjant podniósł rękę.
— Proszę się odsunąć za taśmę.
— Mam kamerę na szopie. Patrzy na nasz podjazd i trochę na jej ogród. Założyłem ją po tym, jak zginęły mi narzędzia.
Teresa szepnęła za mną:
— Piotr…
Nie odwróciłem się.
Marek zaśmiał się krótko.
— Poważnie? Moja matka jest chora, a sąsiad będzie teraz pokazywał filmiki?
Śledczy, mężczyzna z siwizną przy skroniach, podszedł bliżej.
— Co dokładnie pan ma?
Otworzyłem telefon. Ręce trzęsły mi się tak, że dwa razy nie mogłem trafić w odpowiedni folder.
Na nagraniu była noc. Obraz nie był idealny, ale wystarczający.
Srebrny samochód stał przy furtce pani Zofii. Mężczyzna w ciemnej kurtce ciągnął przez ogród niebieską plandekę. Potem schylał się przy jabłoni. Później niósł coś z powrotem do bocznych drzwi.
— To żaden dowód — rzucił Marek. — Tam nic nie widać.
Śledczy wziął mój telefon.
— To pan?
Marek zacisnął usta.
— Przyjeżdżałem do matki. Mam prawo. To moja matka.
— O 2:13 w nocy? — zapytał śledczy.
Marek nie odpowiedział od razu.
— Wezwała mnie.
Pani Zofia nagle powiedziała:
— Nie.
Tak cicho, że nie wszyscy usłyszeli. Ale Marek usłyszał.
— Mamo, nie zaczynaj — syknął.
To „nie zaczynaj” słyszałem już w różnych domach. Kiedy silniejszy chce, żeby słabszy zamilkł i jeszcze poczuł się winny.
Śledczy odwrócił się do pani Zofii.
— Wzywała go pani?
Spojrzała na syna.
On patrzył na nią tak, jakby mógł kazać jej milczeć samymi oczami.
— Nie — powiedziała głośniej. — Nie wzywałam.
Sąsiedzi poruszyli się za płotem. Ktoś szepnął: „Matko Boska”. Ktoś odsunął się o krok, bo od prawdy ludzie często chcą stanąć dalej.
Śledczy skinął na policjanta.
— Proszę jej na razie zdjąć kajdanki.
Marek zrobił krok do przodu.
— Popełniacie błąd. Ona jest sprytna. Całe życie umiała brać ludzi na litość.
Pani Zofia drgnęła.
Nie od słów. Od tego, jak zwyczajnie zabrzmiały.
Zdjęli jej kajdanki. Na nadgarstkach zostały czerwone ślady. Od razu schowała ręce w rękawy swetra.
Śledczy zapytał:
— Co jest w pudełku?
Pani Zofia przełknęła ślinę.
— Listy mojego Jana. Zdjęcia. I bucik naszej córeczki.
Pani Krystyna spod sąsiedniego domu przeżegnała się.
— Żyła tylko 2 godziny — powiedziała pani Zofia. — To było 40 lat temu. Nie mam nawet porządnego zdjęcia. Został bucik. Jan sam go kupił. Powiedział: „Nasza Basia będzie chodzić w białych”. A ona nigdy nie chodziła.
Marek westchnął tak, jakby miał dość słuchania starej historii.
— Widzicie? Ona od lat żyje przeszłością. Zakopuje dziecięce buty w ogrodzie.
— Nie zakopywałam dlatego, że jestem chora — powiedziała pani Zofia.
Pierwszy raz tego ranka spojrzała nie w ziemię.
— To dlaczego? — zapytał śledczy.
Milczała.
Marek zwrócił się do niej łagodnym głosem:
— Mamo, nie rób sobie wstydu. Pojedziemy do lekarza i wszystko będzie dobrze.
— Mówiłeś, że to wyrzucisz — wyszeptała.
— Co?
— Mówiłeś: „Przepiszesz dom na mnie, zostawię twoje graty. Nie przepiszesz, wyniosę wszystko na śmietnik”.
Na podwórku zrobiło się tak cicho, że było słychać psa szczekającego gdzieś za płotem.
Marek ostro spojrzał na mnie.
— To już jest pomówienie. Wszyscy państwo jesteście świadkami.
Śledczy się nie kłócił. Powiedział tylko:
— Pojedzie pan z nami. Wyjaśnimy sprawę.
— Dokąd mam jechać? To ja wezwałem policję.
— To właśnie pan wyjaśni, dlaczego pan ją wezwał.
Nie skuli go od razu. Jeszcze nie wtedy. Ale ton już się zmienił.
Panią Zofię posadzili na ławce przy furtce. Teresa przyniosła jej wodę. Wzięła szklankę obiema rękami, ale nie piła.
Stałem obok i nie wiedziałem, co powiedzieć.
W końcu wydukałem:
— Przepraszam panią.
Spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem.
— Za co?
— Za to, że widziałem i milczałem.
Długo obracała szklankę w dłoniach.
— Dzisiaj pan powiedział.
Nie zrobiło mi się od tego lżej.
Kiedy policja oglądała ogród, znaleźli jeszcze 2 miejsca z przekopaną ziemią. W jednym była stara teczka zawinięta w folię. W środku leżały dokumenty domu, akt małżeństwa, jakieś rachunki, stara książeczka oszczędnościowa i zdjęcia.
Pani Zofia wyjaśniła, że chowała wszystko po kolei.
Marek miał klucze do jej domu. Przyjeżdżał, kiedy chciał. Na początku przywoził zakupy i leki. Potem zaczął zabierać jej kartę do konta, na które wpływała emerytura.
— Przecież ja ci wszystko kupuję — mówił.
A „wszystko” oznaczało u niego chleb, kaszę i najtańsze tabletki. Reszta, jak twierdził, „starej osobie niepotrzebna”.
Kiedy poprosiła o zwrot karty, nie przyjeżdżał przez 3 dni. Nie odbierał telefonu. Siedziała bez leków, aż młoda dziewczyna z sąsiedztwa pobiegła jej do apteki.
Nie wiedziałem o tym.
Ale teraz przypomniałem sobie, jak pani Zofia kiedyś stała przy furtce z pustą torbą i patrzyła na drogę. Pomyślałem wtedy, że na kogoś czeka. Trzeba było zapytać.
Wiele rzeczy człowiek rozumie dopiero po czasie.
Do południa Marka zabrali na komisariat. Panią Zofię też, ale już nie jak kogoś, kogo prowadzi się w kajdankach. Wsadzili ją do samochodu ostrożnie. Teresa dała jej swoją chustkę, bo miała na sobie tylko cienki sweter.
Przed wyjazdem pani Zofia spojrzała na ogród.
— Proszę zabrać łopatę — powiedziała do mnie. — Bo on…
Nie dokończyła.
— Zabiorę — odpowiedziałem.
Łopata stała pod jabłonią. Ta sama, z którą widywałem ją przez 4 lata. Drewniany trzonek był wytarty do gładkości. Do metalowego brzegu przykleiła się mokra ziemia.