
Na torcie widniało: „Dziękuję za troskę, ale mam dość jadu w waszych słowach.” Cisza była niemal namacalna. Karolina wydała z siebie krótki śmiech, przypominający tik nerwowy. – Co to ma być za żart, Anno? – zapytała drżącym głosem, a jej idealna fryzura jakby straciła swój blask. – To nie żart, – odpowiedziałam spokojnie, czując, jak gdzieś z głębi wzbiera pewność. – Po prostu zawsze się o mnie troszczycie. O moją wagę, o moje małżeństwo, o mój wygląd. Teraz więc tort – symbol waszej wiecznej troski. Marek odchylił się na krześle i westchnął. Piotr zmarszczył brwi, jakby dopiero teraz dotarło do niego, co się dzieje. Rzucił krótkie spojrzenie matce, potem na mnie. Nic jednak nie powiedział. – My tylko… – zaczęła Karolina, ale przerwałam jej: – Troszczyliście się. Tak. Ale wiecie, czasem troska brzmi jak wyrzut. A czasem – jak kpina. I jeśli naprawdę uważacie mnie za część rodziny, może pora nauczyć się mówić bez złośliwości? Czułam, jak ściska mi się klatka piersiowa, a gardło piecze – nie ze wstydu, lecz z ulgi. Nawet Greta zamarła, przestając się uśmiechać. Marek nagle zapukał palcami w stół i skinął głową: – Brawo, dziewczyno. – Jego głos był cichy, ale stanowczy. – Dawno trzeba to było powiedzieć. Karolina odwróciła się gwałtownie do niego: – Marku! – No co, Marku? – odpowiedział spokojnie. – Może dla odmiany posłuchamy, zamiast tylko gadać? Cisza znów spadła na pokój. Usiadłam. Piotr przez chwilę wyglądał na zagubionego. Potem wstał, podszedł, ale nie usiadł obok – stał, patrząc to na tort, to na mnie. – Anno… przepraszam, – powiedział cicho. – Chyba przywykłem, że się nie wtrącam.