
Sąsiadka przeprowadzała się do domu opieki i poprosiła, żebym pomogła jej spakować rzeczy. W szufladzie biurka leżał testament. Znałyśmy się 27 lat, ale nigdy nie mówiła, że nie ma żadnej rodziny.
– Danusia, ja cię bardzo przepraszam, ale czy mogłabyś mi pomóc w sobotę? – Helena stała w moich drzwiach z tą swoją miną, którą robiła zawsze, kiedy musiała o coś prosić. Jakby to było gorsze niż wizyta u dentysty. – Muszę spakować rzeczy. Sama nie dam rady.
Wiedziałam, o czym mówi. Od trzech tygodni cały klatka schodowa szeptała, że pani Helena z czwartego sprzedaje meble i przeprowadza się do domu opieki w Kędzierzynie. Sama mi powiedziała tydzień wcześniej, sucho, jednym zdaniem, jakby mówiła o wizycie na poczcie.
Usiadłam wtedy na jej kanapie i nie wiedziałam, co powiedzieć, bo Helena przez dwadzieścia siedem lat była po prostu – stała. Jak ściana nośna w tym bloku. Jak lipy pod oknem. Jak zapach ciasta drożdżowego w sobotnie poranki.
W sobotę przyszłam o dziewiątej z kartonikami po bananach, które zebrałam w warzywniaku na rogu. Helena miała już przygotowaną kawę i dwie kromki z dżemem, bo Helena zawsze miała przygotowaną kawę. Nawet kiedy to ona potrzebowała pomocy.
Zaczęłyśmy od kuchni. Helena wydawała dyspozycje – co do kartonu, co do pojemnika na rzeczy dla Caritasu, co wyrzucić. Przy talerzach w kwiatki zatrzymała się na chwilę.
– To jeszcze po Czesławie – powiedziała cicho. – Kupił na naszą dziesiątą rocznicę. Głupi był, kupować talerze na rocznicę, ale ja się ucieszyłam.
Czesław umarł, zanim się poznałyśmy. Wiedziałam o nim tyle, ile Helena opowiadała przy kawie – że pracował w cementowni, że miał ciepłe ręce i że umarł za wcześnie. Więcej nigdy nie mówiła, a ja się nie dopytywałam. Tak to u nas było – dużo razem, ale każda ze swoim kawałkiem ciszy.