Po kuchni wzięłam się za pokój. Helena pakowała książki, ja miałam zająć się biurkiem. Stare biurko z lat siedemdziesiątych, ciemny fornir, trzy szuflady. W pierwszej rachunki, posegregowane gumkami recepturkami – Helena, nawet w tym porządna. W drugiej papeteria, koperty, znaczki. W trzeciej – gruba koperta z logo kancelarii notarialnej.
Wyjęłam ją odruchowo, myśląc, że to jakieś stare papiery po mieszkaniu. Na kopercie było napisane odręcznie: “Dla Danuty Kowalskiej – otworzyć w razie mojej śmierci lub przeprowadzki”.
Zamarłam z kopertą w ręku. Helena stała za mną przy regale, plecami do mnie, i wkładała do kartonu powieści Mniszkówny.
– Heleno – powiedziałam. – Tu jest koperta. Z moim nazwiskiem.
Odwróciła się powoli. Zobaczyłam, jak zaciska usta, jak robi ten ruch brodą, który u niej zawsze oznaczał, że zbiera się w sobie.
– Otwórz – powiedziała. – Lepiej teraz niż potem.
W środku był testament sporządzony u notariusza trzy lata temu. Helena Więcek, zamieszkała w Opolu przy ulicy Ozimskiej, zapisuje Danucie Kowalskiej, zamieszkałej w tym samym bloku na tym samym piętrze, swoje mieszkanie własnościowe – dwa pokoje z kuchnią, czterdzieści sześć metrów kwadratowych. Bez warunków, bez zobowiązań.
Przeczytałam raz, drugi raz, trzeci.
– Heleno, ja nie mogę – zaczęłam. – Przecież ty masz… masz rodzinę. Siostrę w Gdańsku, siostrzeńca…
Helena usiadła na krześle przy regale. Położyła ręce na kolanach, jak zawsze równo, palce splecione.
– Nie mam nikogo, Danusiu – powiedziała. – Nie mam siostry. Nie mam siostrzeńca. Nie mam nikogo poza tobą.
Przez dwadzieścia siedem lat Helena wspominała siostrę Janinę z Gdańska. Mówiła, że Janina dzwoni w święta, że przysyła zdjęcia wnuków, że kiedyś ją odwiedzi. Pamiętam, jak dwa lata temu powiedziała – oj, Janina znowu nie przyjedzie na Wielkanoc, bo wnuczek choruje.