Pamiętam, jak na moje imieniny opowiadała, że siostrzeniec Damian jest inżynierem w Trójmieście i że ma śliczną żonę. Pamiętam każdą z tych historii, bo były tak zwyczajne, tak normalne, że nie było w nich nic do podważenia.
A teraz Helena siedziała przede mną i mówiła, że Janina nie istnieje.
– Ale dlaczego? – zapytałam. Nie potrafiłam złożyć innego pytania.
Helena patrzyła na swoje ręce.
– Bo kto chce być tą starszą panią, co nikogo nie ma? – powiedziała. – Jak się nie ma rodziny, to ludzie patrzą inaczej. Albo im żal, albo się boją, że będziesz się ich czepiać. A ja nie chciałam, żebyś ty na mnie tak patrzyła. Chciałam być normalną sąsiadką. Z siostrą, siostrzeńcem, z tymi wnukami Janiny, co rosną gdzieś nad morzem.
Siedziałam na podłodze przy tym biurku z testamentem na kolanach i płakałam. Nie dlatego, że dostałam mieszkanie. Płakałam, bo przez dwadzieścia siedem lat piłam z Heleną kawę, robiłyśmy razem pierogi na wigilię, zawoziłam ją do szpitala na badania, a ona pilnowała moich dzieci, kiedy dyżurowałam w porodówce – i przez ten cały czas ona się bała, że jeśli powiem prawdę, to będziesz mnie kochać inaczej.
Helena nie płakała. Helena nigdy nie płakała, przynajmniej nie przy mnie.
– Ja cię nie potrzebuję kochać inaczej – powiedziałam w końcu. – Ty jesteś moja rodzina. Od dwudziestu siedmiu lat.
– Wiem – powiedziała Helena. – Dlatego to mieszkanie jest twoje. Bo nikt inny nie jest mi rodziną.
Potem piłyśmy kawę. Helena rozpakowała te talerze w kwiatki z kartonu, bo stwierdziła, że skoro jeszcze jest w domu, to będzie piła z porcelanowych filiżanek, a nie z plastikowych kubków. I przez godzinę pakowałyśmy dalej, i żadna z nas nie wracała do tego, co zostało powiedziane, bo nie było potrzeby. Wszystko już zostało powiedziane.
Dwa tygodnie później zawiozłam Helenę do Kędzierzyna. Pomogłam jej ustawić zdjęcia na szafce – nasze wspólne, z wigilii, z moich imienin, z komunii mojej Oli. Na jednym byłyśmy we dwie na balkonie, lato, Helena z konewką, ja z kawą, obie śmiejące się do obiektywu.
Żadnego zdjęcia Janiny. Oczywiście.
Wracałam do Opola sama. Jechałam przez tę prostą drogę między polami i myślałam o tym, ile odwagi trzeba, żeby przez dwadzieścia siedem lat udawać, że ma się kogoś, kiedy nie ma się nikogo. I ile odwagi trzeba, żeby w końcu przestać.
Na klatce schodowej pachniało jak zawsze – troszkę wilgocią, troszkę obiadem sąsiadów z drugiego. Minęłam drzwi Heleny – zamknięte, ciemne – i weszłam do siebie. Na lodówce, pod magnesem z Kołobrzegu, wisiała karteczka, którą Helena zostawiła mi ostatniego wieczoru: “Danusiu, twój fikus wymaga podlewania co trzy dni, nie co tydzień. Pozdrawiam, H.”
Dwadzieścia siedem lat, a ja nawet nie wiedziałam, że podlewam fikus za rzadko.