Cztery dni po tym, jak straciłam moje przedwcześnie urodzone córki bliźniaczki, obudziłam się na OIOM-ie, a mój mąż trzymał mnie za rękę i obiecywał, że razem to przetrwamy. Wierzyłam mu, dopóki pielęgniarka nocna nie pochyliła się nad moją poduszką i nie powiedziała, że zaniósł kwiaty innej kobiecie na oddziale 8.
Piknięcia monitora były pierwszym dźwiękiem, jaki usłyszałam, gdy otworzyłam oczy. Lampy OIOM-u brzęczały cicho i żółto nade mną. Mój brzuch był płaski pod kocem, a ból był głębszy niż jakakolwiek rana, jaką mógłby zadać skalpel.
Miałam 41 lat i byłam w ciąży po czternastu latach starań, pięciu poronieniach pogrzebanych w ciszy i więcej bólu, niż potrafiłam nazwać. W końcu na ekranie pojawiły się dwa uderzenia serca.
Teraz nie było żadnego.
Ból w piersi zagłuszył nawet ból brzucha.
Ciepła dłoń objęła moją i powoli obróciłam głowę na poduszce. Daniel siedział na plastikowym krześle obok mojego łóżka, z czerwonymi oczami i pogniecioną koszulą, jakby spał w niej od kilku dni.
„Lydia” – wyszeptał. „Nie śpisz. O Boże, nie śpisz”.
Próbowałam przemówić, ale nie mogłam. Ból w piersi zagłuszał nawet ból brzucha.
„Dziewczyny” – wyszeptałam.
Daniel pokręcił głową i przycisnął czoło do mojej dłoni.
„Wiem, kochanie. Wiem. Tak mi przykro”.
„Miały twój nos”.
Łzy spływały mi po włosach. Już wiedziałam. Jakaś część mnie wiedziała, gdy tylko się obudziłam i poczułam pustkę tam, gdzie kiedyś kopały.
„Trzymałem je” – dodał Daniel. „Zanim je zabrali. Były takie małe, Lyd. Takie idealne”.
„Wyglądały jak my?”
„Miały twój nos”.
Z moich ust wyrwał się urywany śmiech, który po chwili przeszedł w szloch. Wdrapał się na łóżko, uważając na rurki, i przycisnął mnie do piersi, jakbym miała się roztrzaskać.
Straciłam moje dzieci. Nie straciłam jego.
„Przeżyjemy to” – wyszeptał mi w włosy.
„Obiecaj mi”.
„Obiecuję. Przysięgam na swoje życie, Lydio”.
Pogrzebał w kieszeni kurtki i wyjął dwie pary maleńkich różowych skarpetek, które nosiłam wszędzie od tygodni, odkąd dowiedzieliśmy się, że to dwie dziewczynki. Wcisnął je w moją dłoń i owinął moje palce wokół nich.
„Na kiedy będziemy gotowi” – powiedział. „Żeby je dobrze zapamiętać”.
Spojrzałam na miękką różową wełnę na mojej bladej skórze i poczułam coś niemal jak spokój. Straciłam moje dzieci. Nie straciłam jego. To było coś.
Przez ułamek sekundy coś przemknęło mu przez twarz.
„Kocham cię” – wyszeptałam.
„Kocham cię bardziej niż cokolwiek na świecie, Lyd”.
Telefon Daniela zawibrował w kieszeni. Spojrzał w dół i przez ułamek sekundy coś musnęło jego twarz. Potem wstał.
„Muszę to odebrać. Do pracy. Zaraz będę na zewnątrz”.
„Dobrze”.