
Muzyka jeszcze grała, kiedy poczułam, że jego dłoń na moich plecach drży.
Nie tak drży, jak drżą ręce z wysiłku albo ze zmęczenia. Drżą tak ręce kogoś, kto właśnie coś sobie przypomniał – i żałuje, że przypomniał.
Nazywam się Dorota, mam pięćdziesiąt osiem lat i przez trzydzieści dwa lata byłam żoną Marka. Spokojnego inżyniera z Politechniki Wrocławskiej, który w soboty naprawiał wszystko, co się dało naprawić, a w niedziele czytał mi na głos fragmenty książek o historii. Marek zmarł dwa lata temu. Trzustka. Pięć miesięcy od diagnozy do pogrzebu.
Po pogrzebie zostałam z mieszkaniem na osiedlu Przyjaźni, szafą pełną jego koszul w kratę i ciszą tak głośną, że nie mogłam zasnąć. Córka Kasia dzwoniła codziennie. “Mamo, wyjdź gdzieś. Mamo, nie siedź sama.” Kiwałam głową do słuchawki i dalej siedziałam na kanapie z herbatą, którą zaparzałam na dwa kubki – bo tak się robiło u nas od zawsze.
Minął rok, potem następny. Któregoś wtorku Kasia nie zadzwoniła – napisała SMS: “Zapisałam Cię na kurs tańca towarzyskiego, Centrum Kultury na Hubskiej, czwartki o 18. Nie musisz iść, ale opłaciłam trzy miesiące.” Chciałam się wściec. Zamiast tego rozpłakałam się, bo uświadomiłam sobie, że ostatni raz tańczyłam na jej weselu – z Markiem. I że nawet wtedy on się skarżył, że go nogi bolą.