Na pierwszą lekcję poszłam w czarnej bluzce i spódnicy, jakbym szła na pogrzeb, nie na tango. Było nas dwanaście osób – osiem kobiet, czterech mężczyzn, co oznaczało rotację partnerów i lekki chaos. Instruktorka Magda, energiczna blondynka w czerwonych szpilkach, mówiła: “Proszę państwa, taniec to rozmowa. Nie chodzi o kroki. Chodzi o to, żeby słuchać.”
Nie pamiętam, z kim tańczyłam na pierwszych trzech lekcjach. Pamiętam za to, kiedy po raz pierwszy wylądowałam w parze z Wojciechem.
Był wysoki, sześćdziesiąt parę lat, lekko przygarbiony, w szarym swetrze za dużym i wypranym do miękkości. Miał siwe włosy przystrzyżone krótko i oczy kogoś, kto dawno przestał się spieszyć.
Kiedy położył mi dłoń na plecach i zaczęliśmy walca, poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Nie motylki w brzuchu, nie, to nie ta historia. Poczułam, że ktoś mnie prowadzi tak, jakby wiedział, w którą stronę chcę iść, zanim sama to wiedziałam. Jakby czytał moje ciało jak książkę, którą już kiedyś przeczytał.
– Pan dobrze tańczy – powiedziałam, bo nie wiedziałam, co innego powiedzieć.
– Żona mnie nauczyła – odpowiedział. I nic więcej.
Tańczyliśmy ze sobą co czwartek. Magda chyba zauważyła, że razem nam wychodzi, bo coraz rzadziej nas rozdzielała. Wojciech był milczący, ale nie w ten nieprzyjemny, wycofany sposób. Milczał jak ktoś, kto ważył każde słowo, zanim je wypuścił. Wiedziałam o nim niewiele – emerytowany nauczyciel historii, mieszka na Krzykach, ma syna w Gdańsku. Żona nie żyje. To ostatnie powiedział raz, krótko, jak fakt z podręcznika.
Po szóstej lekcji zaczęłam się łapać na tym, że w czwartki rano otwieram szafę z uczuciem, którego nie miałam od lat. Nie podekscytowaniem – raczej czymś w rodzaju ciekawości. Zastanawiałam się, w co się ubrać. Wyciągnęłam zieloną bluzkę, której nie nosiłam od pogrzebu. Potem schowałam ją z powrotem – bo się wydawało, że zielony to za dużo koloru jak na wdowę.
Głupia myśl. Ale prawdziwa.
Dziesiąta lekcja. Grudzień, za oknami ciemno o piątej. Ćwiczyliśmy fokstrota. Wojciech trzymał mnie pewniej niż zwykle, albo może ja się mniej sztywniłam. Pod koniec zajęć Magda puściła wolny kawałek – chyba Cohena, nie pamiętam – i powiedziała, że to dla tych, co chcą potańczyć “na luzie”. Większość poszła po płaszcze. My zostaliśmy.
Tańczyliśmy w pustej sali, na parkiecie porysowanym od obcasów. Wojciech milczał. Ja milczałam. I było dobrze.
Potem poszliśmy do szatni. Ja sięgnęłam po płaszcz i zaczęłam go zakładać tym gestem, który mam od lat – najpierw prawy rękaw, potem obrót lewej ręki do tyłu, lekkie przygarbienie. Każdy ma swój sposób wkładania płaszcza. Nikt o tym nie myśli.
Wojciech stał obok i patrzył. A potem powiedział cicho: