– Wie pani, dlaczego tak dobrze mi się z panią tańczy?
Nie odpowiedziałam. Czekałam.
– Bo pani mi ją przypomina. Hankę. Nie twarzą – gestem. Tak samo zakłada pani płaszcz. Tak samo przechyla głowę, kiedy słucha muzyki. Przez pierwsze dwa tygodnie myślałem, że zwariowałem.
Stałam z płaszczem w połowie nałożonym. Nie wiedziałam, czy się wzruszyć, czy się obrazić.
– To dlatego pan ze mną tańczy? Bo pana żona tak samo zakładała płaszcz?
On pokręcił głową.
– Nie. Tańczę z panią, bo z panią chcę tańczyć. Ale musiałem pani powiedzieć. Bo gdybym nie powiedział, to bym czuł, że panią oszukuję.
Zapiął mi guzik płaszcza. Górny, ten przy szyi. Zrobił to tak naturalnie, jakby robił to od lat. W samochodzie siedziałam dziesięć minut, zanim odpaliłam silnik. Myślałam o Marku, który nigdy nie tańczył, ale zawsze zapinał mi górny guzik płaszcza. O Hance, której nigdy nie poznałam. O tym, że gesty ludzi, których kochaliśmy, żyją dalej – w nas.
Następnego czwartku przyszłam w zielonej bluzce. Wojciech nic nie powiedział, ale kiedy zaczęliśmy walca, poczułam, że jego dłoń na moich plecach nie drży.
Kasia zadzwoniła w niedzielę. “Mamo, jak taniec?” – “Dobrze” – powiedziałam. A potem dodałam coś, czego nie mówiłam od dwóch lat: “Chyba naprawdę dobrze.”
Nie wiem, co z tego będzie. Nie wiem, czy Wojciech widzi mnie – czy widzi cień Hanki. Może jedno i drugie. Może to w porządku. Może miłość nie zaczyna się od zapominania, tylko od odwagi, żeby pamiętać – i mimo to iść dalej.
Na najbliższy czwartek kupię sobie nowe buty do tańca. Czerwone. Marek by się śmiał. A Hanka – myślę, że by zrozumiała.