
Muzyka ucichła w sekundę. W kuchni zapadła napięta, niemal słyszalna cisza. Karolina pobladła, Marek otworzył usta bez słowa. Łukasz patrzył na Elizę jak na wariatkę. — Mówisz serio? — jego głos był ostry. — Oni mają dziecko! Gdzie mają pójść w środku nocy? Wiesz w ogóle, jak to wygląda?! — To nie mój problem — odpowiedziała spokojnie Eliza. — Jesteś moją żoną! — wrzasnął. — Rodzina powinna pomagać! Co z tobą zrobiła ta twoja Magda i jej rady?! — Łukasz — powiedziała cicho, nie odwracając wzroku. — To jest moje mieszkanie. Uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, był zimny i kłujący. — A więc twoje, tak? A nie sądzisz, że skoro jesteśmy małżeństwem, to wszystko jest wspólne? Nie będziesz sama decydować. Kap… kap… kap. Kran w kuchni wybijał rytm jak zegar. Eliza nie odpowiedziała. Wróciła do sypialni, gdzie chłopak zerwał się na równe nogi. Nie zwracając na niego uwagi, otworzyła szafę, wyjęła niebieską teczkę z dokumentami i wróciła. Położyła ją na stole przed Łukaszem i otworzyła. — Akt własności. Data. Dwa lata przed naszym ślubem. — Głos miała cichy, spokojny i zimny jak lód. — Mieszkanie kupiłam ja, za swoje pieniądze. Decyzja też należy do mnie. Podniosła telefon, wybrała numer. — Poproszę taksówkę pod blok. Za dziesięć minut. Karolina pierwsza spuściła wzrok.