CZĘŚĆ 1
Trzy godziny przed ślubem Élodie odkryła, że jej suknia zniknęła, a na jej miejscu wisiał kostium klauna.
W apartamencie dla nowożeńców w dawnym opactwie niedaleko Amboise nikt początkowo nie odważył się ruszyć. Pasiasta koszula, spodnie w fioletowe kropki, zielone szelki i za duże buty kołysały się w torbie na ubrania, wciąż z metką pracowni.
Camille, jej druhna, gorączkowo obracała torbę.
„To pomyłka. Twoja suknia musi być w innym samochodzie”.
Élodie zauważyła wtedy kartkę włożoną do kieszeni spodni.
„Skoro tak bardzo chcesz dołączyć do naszej rodziny, ubierz się zgodnie ze swoim prawdziwym miejscem”.
Od razu rozpoznała pismo Béatrice de Kermadec, matki Adriena.
Od pierwszego spotkania Béatrice traktowała Élodie jak modową gafę. Nauczycielka edukacji specjalnej w domu opieki dla nastolatków, córka asystentki pielęgniarki i mechanika, nie należała do świata rezydencji, imprez towarzyskich i lunchów, gdzie ludzi oceniano po nazwisku.
„Twoja praca musi być wyczerpująca” – mruknęła kiedyś Béatrice. „Spędzać dni z dziećmi, których rodzice już ich nie znoszą…”
Élodie odłożyła widelec.
„Nie są nie do zniesienia. Zostały porzucone”.
Béatrice uśmiechnęła się chłodno.
„Zawsze patrzy się na życie z wielkimi emocjami. Adrien natomiast potrzebuje stabilizacji”.
Po zaręczynach upokorzenia stały się bardziej konkretne: „zapomniane” zaproszenia, uwagi na temat robotniczego akcentu ojca Élodie, ciągłe porównania do byłych dziewczyn Adriena. Potem, dwa tygodnie przed ślubem, Béatrice się zmieniła. Przeprosiła i zaproponowała, że sama odbierze suknię z atelier.
Élodie chciała wierzyć w rozejm.
Camille chwyciła telefon.
„Zadzwonimy do Adriena. Przełożymy ceremonię. Atelier znajdzie rozwiązanie”.
„Nie”.
Głos Élodie był tak spokojny, że wszystkie obecne kobiety zamilkły.
Wyjęła suknię z pokrowca, pogłaskała syntetyczny materiał, a potem spojrzała w swoje odbicie.
„Chce, żebym się schowała. Chce, żeby wszyscy myśleli, że nie miałam odwagi przyjść”.
„Naprawdę tego nie założysz…”
Élodie zdjęła szlafrok.
„Moje włosy są nadal idealne. Makijaż też. Camille, pomóż mi z ramiączkami”.
„Élodie…”
„Przygotowała show. Da radę”.
Kiedy ogromne plastikowe buty stanęły przed nią, Élodie uśmiechnęła się po raz pierwszy.
„Ale tym razem to nie ona będzie decydować, z kogo goście będą się śmiać”.
CZĘŚĆ 2
Drzwi opactwa otworzyły się, ukazując 96 gości.
Ojciec Élodie szedł z nią ramię w ramię, z obojętną miną, jakby eskortował królową, a nie pannę młodą w spodniach w groszki. Każdy krok sprawiał, że buty skrzypiały.
W rzędach rozległy się szmery.