
Cztery dni później Eleonora powiedziała: – Znalazłam pracę. Zaczynam w poniedziałek. – Gdzie? – Marek odłożył telefon. – W kawiarni „Wiatr”. Pamiętasz, dorabiałam tam przed porodem? Przyjęli mnie z powrotem. – Zaraz, to przecież restauracja. Nocne zmiany? – Dwa na dwa. W tygodniu do pierwszej, w weekendy do trzeciej. – Żartujesz?! Będziesz stała za barem do trzeciej nad ranem, gdy nasz syn jest w domu?! – Chciałeś, żebym pracowała – jej głos był spokojny. – To pracuję. – Miałem na myśli normalną pracę! Dzienną! Coś porządnego! – Porządnego… jak manicure w domu, jak u Leny? Albo torty z wózkiem? To jedyne miejsce, gdzie mnie czekają i dobrze płacą. Czy myślałeś, że pójdę rozdawać ulotki za kilka złotych? – Myślałem, że znajdziesz… coś nieupokarzającego. – Upokarzającego? – uśmiechnęła się krzywo. – Tydzień temu byłam leniwą darmozjadką, a teraz wstyd rodziny? Zdecyduj się przynajmniej. Marek zamilkł. Czuł, że traci panowanie. Eleonora mówiła spokojnie, ale w tym spokoju była siła – decyzja. – A kto będzie usypiał Tomka? – Kiedy mam zmianę – ty. Mama zgodziła się pomagać w dzień, jeśli będę musiała odpocząć. Wszystko załatwione. – Czyli już wszystko postanowiłaś? Beze mnie? – Nie ja. Ty postanowiłeś za nas. Ja tylko przyjęłam. Jej pierwsza zmiana była dla Marka szokiem.