Bez gniewu.
Jakby obserwował postać z bardzo odległej przeszłości.
„Tak, proszę pani?”
Camille o mało nie straciła głosu.
„To ja… Camille. Ty… nie poznajesz mnie?”
Zapadła między nimi krótka cisza.
Potem Adrien lekko się uśmiechnął.
„Ach… ta młoda kobieta, która powiedziała, że brudzę jej parkiet.”
Camille poczuła, jak ściska ją w gardle.
„Adrien, popełniłam błąd. Byłam niedojrzała. Głupia. Myślałam, że rozumiem świat, a nic nie rozumiałam. Może moglibyśmy… zacząć od nowa.”
Położyła drżącą dłoń na jego ramieniu.
„Wciąż coś do ciebie czuję.”
Adrien spojrzał na jej dłoń.
Po czym delikatnie ją odepchnął.
Bez szorstkości.
Bez czułości.
„Czy coś wiesz?” powiedział cicho. „Ten mięsisty zapach, którym tak gardziłaś… to on mnie karmił. To on pozwalał mi iść naprzód, kiedy nikt już we mnie nie wierzył. To on uczynił mnie tym, kim jestem”.
Spojrzał jej głęboko w oczy.
„Z drugiej strony, zapach niektórych serc… jest o wiele trudniejszy do usunięcia”.
Usta Camille zadrżały.
Poczuła, jak łzy napływają jej do oczu wbrew jej woli.
„Proszę… daj mi drugą szansę…”
Adrien patrzył na nią jeszcze przez chwilę.
Potem się odwrócił.
„Tę szansę” – powiedział spokojnie – „zmarnowałaś ją tamtej nocy, kiedy potrzebowałaś widowni, żeby mnie upokorzyć”.
I odszedł.
Camille została sama na środku jasno oświetlonego salonu.
Pośród rozmów, szklanek, uprzejmych uśmiechów.
Ale dla niej nic innego nie istniało.
Tylko dźwięk jej własnych słów, które w końcu powróciły, by ją potępić.
Nie pobiegła za nim.
Nie krzyknęła jego imienia.
Nie zrobiła sceny.