Kilka minut później ktoś zaczął krzyczeć na ulicy. Wybiegłam na dwór bez płaszcza. Z okien ich domu walił gęsty dym, a Kacperek stał przy furtce i trzymał za rękę pięcioletniego Olka. Czteroletnia Zosia płakała na śniegu w samych skarpetkach, bo Kacperek wyprowadził ich tylnymi drzwiami.
Maja została w środku. Jej łóżeczko stało przy ścianie w małym pokoju, a Kacperek nie dał rady wrócić przez dym.
Pierwszy przez okno wszedł sąsiad. Tomasz wbiegł za nim dopiero wtedy, kiedy w środku byli już dorośli mężczyźni. Maję wynieśli żywą, ale karetką zabrano ją osobno, z oparzeniami i dymem w płucach. Olek poparzył sobie ramię, a Kacperek dłoń i bok, kiedy wyciągał brata.
Karolina przybiegła z torbą z apteki. Na śnieg wypadł z niej syrop i paczka pieluch. Rzuciła się do karetki, ale Tomasz złapał ją za ramiona i ryknął tak, że słyszała go cała ulica:
„Ty ich prawie spaliłaś! Poszłaś się włóczyć i zostawiłaś dzieci same!”
„Ty byłeś w domu!”, krzyczała. „Zostawiłam je z tobą!”
Tomasz odwrócił się do mnie. Tylko na sekundę.
„Mamo, powiedz jej. Przecież byłem na zmianie”.
Mogłam od razu powiedzieć prawdę. Zamiast tego spojrzałam na Karolinę, na jej rozwichrzone włosy, brudną kurtkę i papierosy wystające z kieszeni. Przypomniałam sobie nieumyte garnki, starszą córkę, szepty sąsiadek i powiedziałam:
„Nie kłam. Tomasz przyjechał dopiero, kiedy już się paliło”.
Karolina ucichła tak nagle, jakbym uderzyła ją w twarz. Potem osunęła się prosto na śnieg obok buteleczki syropu i zaczęła powtarzać: „Nie. Nie, przecież pani widziała. Pani widziała”.
Następnego dnia w szpitalu pojawiła się pracownica socjalna z MOPS-u. Rozmawiała z każdym osobno. Karolina płakała, gubiła się w słowach i krzyczała, że mój syn zasłania się mną, bo wie, że zawsze go obronię. Tomasz był ogolony, spokojny i nawet przyniósł dzieciom jogurty, a potem powiedział, że od dawna ostrzegał wszystkich: żona pije, nie pilnuje pieca, a dzieci wiecznie chodzą głodne.
Podpisałam oświadczenie, że wieczorem, kiedy wybuchł pożar, Tomasza nie było w domu.
Nie dlatego, że mu uwierzyłam. Dlatego, że już wcześniej skłamałam na podwórku i bałam się nagle wszystko odwołać. Gdybym powiedziała prawdę, musiałabym przyznać, że mój syn zostawił czwórkę dzieci przy niesprawnym piecu, a ja siedziałam z nim po drugiej stronie podwórka i litowałam się nad jego ciężkim życiem.
Po moim podpisie wszystko ruszyło szybko. Karolinę na razie odsunięto od dzieci, a pracownica powiedziała, że po wypisie dzieci mogą tymczasowo trafić do ojca, jeśli zamieszka u mnie, bo mój dom jest ciepły, czysty i bezpieczny. Tomasz przy wszystkich kiwał głową i powtarzał: „Oczywiście. To moje dzieci, gdzie ja je zostawię”. Ja nawet przygotowałam w małym pokoju czystą pościel.
A potem przyszłam do Kacperka z jabłkami i zobaczyłam tę kurtkę.
„Wyrzućmy ją, a ja kupię ci nową”, powiedziałam.
Od razu przycisnął worek do piersi.
Pomyślałam, że bredzi po lekach. Wyjął tę czarną, twardą piętkę i powiedział: „Schowałem dla Mai. Wieczorem płakała, a w domu już nie było chleba. Chciałem jej dać, kiedy mama wróci”.
Nie umiałam na niego spojrzeć. Powiedziałam tylko: „Mama nie powinna była was zostawiać”.
„Mama zostawiła nas z tatą. Tata poszedł do ciebie”.
Znowu mu nie uwierzyłam. Nawet po tym wszystkim.
I wtedy Kacperek włączył nagranie.
Kiedy usłyszałam głos Tomasza, zrobiło mi się gorzej niż tamtej nocy na podwórku. Bo pożar mógł wybuchnąć przez stary piec, przez instalację, przez głupi przypadek. Ale telefonu nie odebrałam sama. Syna w swojej kuchni zatrzymałam sama. I sama postawiłam podpis pod kłamstwem.
Do sali weszła ta sama pracownica socjalna z teczką w dłoni. Za nią stał Tomasz, zadowolony, ogolony, z nową dziecięcą torbą przewieszoną przez ramię.
„No co, mistrzu?”, powiedział do Kacperka. „Zbieraj się. Dzisiaj jedziecie do mnie”.
Kacperek złapał mnie kurczowo za rękaw.
Tomasz zobaczył telefon na łóżku i od razu wszystko zrozumiał. Twarz mu stężała. Zrobił krok w stronę syna i wycedził:
„Co ty tam puszczałeś? Mówiłem ci, żebyś nie klepał za dużo. Chcesz, żeby was wszystkich porozrzucali po obcych domach?”
Kacperek przycisnął kurtkę do brzucha i schował poparzoną rękę pod koc.
A pracownica już otwierała teczkę z moim oświadczeniem, na podstawie którego dzieci miały trafić do mojego syna.
Podniosłam się i pierwszy raz w życiu stanęłam między nim a dzieckiem.

Dziękuję, że dotarliście do drugiej części.
„Odsuń się od jego łóżka”, powiedziałam.
Tomasz początkowo nawet nie zrozumiał, że mówię do niego. Parsknął pod nosem i sięgnął po worek z rzeczami Kacperka. „Mamo, przestań robić przedstawienie. Mamy zabrać dzieci”. Wzięłam worek przed nim i przycisnęłam do siebie, a w środku leżała kurtka z nadpaloną kieszenią i nagle wydawało mi się, że waży więcej niż sama Maja.
„Nikogo teraz nie zabierzesz”.
„Ty zwariowałaś?”
„Skłamałam”, powiedziałam do pracownicy socjalnej. „W swoim oświadczeniu. Tomasz wieczorem, kiedy wybuchł pożar, był u mnie w domu. Chłopiec do mnie dzwonił, a ja nie odebrałam. Jest nagranie”.
Syn rzucił się po telefon tak szybko, że Kacperek krzyknął i cofnął się pod samą ścianę. Nie próbował nawet ratować telefonu. Zdrową ręką zasłaniał twarz. Pracownica wyszła na korytarz i zawołała ochroniarza, pielęgniarka chwyciła telefon, a ja stanęłam przed łóżkiem i nie ruszyłam się, dopóki Tomasza nie wyprowadzili z sali.
Z korytarza jeszcze wrzeszczał: