– Bogdan, byłam dziś w aptece – powiedziałam i usłyszałam ciszę. Nie taką zwykłą pauzę, tylko ciszę, w której ktoś myśli, co powiedzieć, żeby się nie wygadać. Znałam tę ciszę z dyżurów – tak milczą ojcowie, kiedy pytam, dlaczego dziecko ma siniaki.
– W jakiej aptece? – zapytał w końcu.
– W tej na rogu Piłsudskiego. W tej jedynej, do której mama chodziła od piętnastu lat. Bogdan, mama ostatni raz kupiła tam leki w lutym. Za trzydzieści dwa złote.
Znów cisza.
– Słyszysz mnie? – podniosłam głos. – Cztery lata przelewałam ci pięćset złotych miesięcznie na leki, których mama nie kupowała. Na co szły te pieniądze?
Bogdan odchrząknął.
– Grażynka, to nie tak, jak myślisz.
– A jak jest?
– Mama miała inne wydatki. Nie tylko leki. Jedzenie, opłaty, ciuchy jakieś…
– Bogdan, mama miała emeryturę. Swoją i po tacie. To nie były małe pieniądze. I ty mi mówisz, że oprócz tego potrzebowała jeszcze moich pięciuset złotych co miesiąc? Na jedzenie? Przez cztery lata?
Milczał.
– Powiem ci, co myślę – mówiłam już spokojniej, bo wściekłość przeszła w coś gorszego, w takie zimne, ciężkie rozczarowanie. – Myślę, że brałeś moje pieniądze na swoje wydatki. Na piwo, na papierosy, na te fuchy, które nigdy się nie udawały. A mamie mówiłeś, że wszystko jest opłacone, bo opłacone było – z jej emerytury. Tylko że ja o tym nie wiedziałam.
– Grażyna, nie przesadzaj.
– Nie przesadzam. Dwadzieścia cztery tysiące złotych, Bogdan.
Usłyszałam, jak się odsuwa od telefonu, jak otwiera lodówkę – ten charakterystyczny dźwięk starej lodówki z maminego mieszkania, którą rozpoznałabym wszędzie. Normalność tego gestu – otworzyć lodówkę w trakcie takiej rozmowy – zabolała bardziej niż wszystko inne.
– Mama wiedziała – powiedział w końcu, cicho.
– Co mama wiedziała?
– Że biorę te pieniądze. Sama mi powiedziała, żebym cię poprosił. Mówiła, że ty lepiej zarabiasz, że dasz radę. Nie chciała, żebym szukał pracy na siłę, bo kto by się nią zajmował.
Zamknęłam oczy. To brzmiało jak mama. Dokładnie jak mama. Mama, która całe życie tuszowała problemy, która nigdy nie powiedziała złego słowa na nikogo, która uważała, że rodzina to rodzina i się pomaga, nawet kiedy ta pomoc jest niesprawiedliwa. Mama, która być może naprawdę wolała, żebym dawała Bogdanowi pieniądze niż żeby Bogdan wylądował na ulicy.
Ale to nie zmieniało faktu, że Bogdan kłamał. Nie powiedział – “potrzebuję pomocy, nie mam na czynsz, szukam pracy i nie mogę znaleźć”. Powiedział – “mama potrzebuje na leki”. Schował się za mamą. Za jej chorobą. Za moim poczuciem winy, że to on się nią opiekuje, a nie ja.
– Bogdan – powiedziałam – nie zadzwonię na policję i nie pójdę do prawnika. Ale chcę, żebyś wiedział, że wiem. I że to zmienia wszystko między nami.
Rozłączył się pierwszy.
Wróciłam do domu i usiadłam w kuchni. Na lodówce wisiało zdjęcie mamy z ostatnich imienin – uśmiechnięta, w tej swojej bluzce w drobne kwiaty, z talerzem sernika w ręku. Patrzyłam na nią i próbowałam zrozumieć – czy wiedziała, że Bogdan kłamie? Czy sama go o to poprosiła? Czy może tylko przyzwyczaiła się do tego kłamstwa, bo było wygodniejsze niż prawda?
Prawda byłaby taka, że Bogdan w wieku pięćdziesięciu lat nie potrafi się utrzymać. Że rozwód go złamał. Że fuchy na budowach to nie kariera, tylko przetrwanie. Mama nie chciałaby, żebym tak o nim myślała. Więc wymyśliła historię z lekami – albo pozwoliła Bogdanowi ją wymyślić.
Nie wiem, co jest gorsze.
Minął miesiąc od pogrzebu. Bogdan nie dzwoni. Ja też nie. Mama pewnie by powiedziała – “Grażynka, zadzwoń do brata, nie bądź taka”. Ale mama też powiedziałaby Bogdanowi – “Bogdan, powiedz siostrze prawdę, nie oszukuj rodziny”. Tyle że mama mówiła tylko połowę tego, co powinna. Tę łatwiejszą połowę.
Pięćset złotych. Co miesiąc, przez cztery lata. Na leki, których nikt nie kupował. Czasem myślę, że tak naprawdę to nie Bogdan mnie oszukał – to mama pozwoliła mu mnie oszukiwać. I nie wiem, czy kiedykolwiek jej to wybaczę.
A potem przypominam sobie jej twarz z ostatnich odwiedzin. Jak patrzyła na mnie znad filiżanki herbaty i mówiła – “Grażynka, dobrze, że jesteś”. I myślę – może wiedziała, że to ostatni raz. Może przepraszała. Na swój sposób, jedyny, jaki znała.