
Brat mieszkał z mamą i mówił, że cała jej emerytura idzie na leki, dlatego dokładałam co miesiąc pięćset złotych. Po pogrzebie poszłam do apteki. Pani sprawdziła w komputerze: ostatni zakup w lutym, zamienniki za trzydzieści dwa złote. Mama umarła w czerwcu
Pani Danuta z apteki na rogu Piłsudskiego spojrzała na mnie tak, jakbym powiedziała coś nie po polsku.
– Słucham? Pani Kowalska? – poprawiła okulary i zerknęła w komputer. – Znaczy się pani mama, tak?
– Tak – powiedziałam. – Mama umarła trzy tygodnie temu. Chciałam zapytać, czy zostały jakieś niezrealizowane recepty, czy zamknąć u pani…
– Proszę pani – pani Danuta przerwała mi i odwróciła ekran w moją stronę. – Pani mama ostatni raz realizowała u nas receptę w lutym. Zamienniki na ciśnienie, trzydzieści dwa złote z groszami. I to tyle. Wcześniej przychodziła raz na dwa, trzy miesiące, co najwyżej.
Stałam przy ladzie i czułam, jak mi się nogi robią miękkie. Luty. Mama umarła w czerwcu. Cztery miesiące bez leków. Cztery miesiące, przez które Bogdan powtarzał mi przez telefon, że emerytura mamy nie starcza, że leki kosztują fortunę, że potrzebują tych moich pięciuset złotych co miesiąc, bo inaczej mama zostanie bez tabletek na ciśnienie i na serce.
– Może realizowała w innej aptece? – zapytałam, chociaż sama nie wierzyłam w to, co mówię. Mama chodziła do tej apteki od piętnastu lat. Znała panią Danutę po imieniu. W innej by jej się nie chciało tłumaczyć, które leki bierze, a na które jest uczulona.
– Mogę sprawdzić w systemie – pani Danuta postukała w klawiaturę. – Nie, proszę pani. W żadnej aptece. Mam tu historię realizacji recept pani mamy. W tym roku – jeden zakup. Ten lutowy.
Wyszłam z apteki i usiadłam na ławce pod kasztanowcem. Kwitł. Miał wielkie, białe kwiatostany, takie jak mama lubiła, zawsze mówiła, że kasztanowce to jej ulubione drzewa, bo trzymają się prosto nawet na wietrze. Wyciągnęłam telefon, otworzyłam kalkulator. Pięćset złotych razy dwanaście miesięcy razy cztery lata. Dwadzieścia cztery tysiące złotych. Tyle przelałam Bogdanowi na “leki dla mamy”.
Muszę się cofnąć, żeby to zrozumieć.
Mama zachorowała – to znaczy poważniej zachorowała, na serce – sześć lat temu. Do tego czasu dawała sobie radę sama. Miała swoje mieszkanie na łódzkim Widzewie, swoje przyzwyczajenia, swoją działkę pod miastem. Emerytura po ojcu i jej własna wystarczały na życie, które prowadziła – skromne, ale godne. Herbata z cytryną rano, spacer do parku, w niedzielę msza i obiad u kogoś z rodziny.
Potem zaczęły się problemy z sercem. Leżała w szpitalu tydzień, wróciła z listą leków długą jak rachunek za telefon. I wtedy Bogdan zaproponował, że mama zamieszka z nim.
Na początku ucieszyłam się. Bogdan mieszkał sam po rozwodzie, miał trzypokojowe na Bałutach, mama miała mieć swój pokój. Logiczne. Ja pracowałam na oddziale położniczym w szpitalu po drugiej stronie miasta, dyżury co drugi dzień, noce. Nie mogłam zapewnić mamie codziennej opieki. Bogdan nie pracował – oficjalnie szukał, nieoficjalnie łapał fuchy na budowach. Miał więcej czasu.
Pierwszy raz poprosił o pieniądze po trzech miesiącach.
– Grażynka, mama potrzebuje nowych leków, a te na serce kosztują krocie. Emerytura jej nie starcza.
Nie pytałam o szczegóły. Przelałam pięćset złotych. Potem następne pięćset. Potem zaczął dzwonić regularnie – pierwszego, czasem drugiego, nigdy później niż piątego. Jak zegarek.
Odwiedzałam mamę co tydzień, czasem co dwa tygodnie, kiedy dyżury się piętrzyły. Mama wyglądała dobrze. Może trochę ciszej, trochę wolniej się ruszała, ale uśmiechała się, gotowała rosół na moje przyjście, pytała o wnuki. Nigdy nie narzekała na leki, na brak pieniędzy, na nic. Ale mama nigdy nie narzekała – to nie był jej styl.
A ja nigdy nie zapytałam wprost: mamo, ile wydajesz na leki? Ile ci brakuje? Dlaczego Bogdan mówi, że nie starcza?
Nie zapytałam, bo to byłoby tak, jakbym mu nie ufała. Jakbym sprawdzała brata. A Bogdan przez te cztery lata był wzorowy – na każde pytanie miał odpowiedź, na każde moje “może powinnam częściej wpadać” reagował spokojnie: “Nie przejmuj się, ogarniam, mama jest pod opieką”. I mama potwierdzała. A może po prostu nie chciała robić problemów.
Pogrzeb był cichy. Mama odeszła we śnie, lekarz powiedział, że serce. Przynajmniej nie cierpiała – powtarzałam sobie i innym. Bogdan załatwił wszystko – trumnę, kwiaty, księdza, stypę w domu. Wyglądał na zmęczonego. Kiedy go przytuliłam przy grobie, poczułam, że jest sztywny jak deska. Pomyślałam wtedy – biedny, tyle lat się opiekował, musi być wykończony. Nie przyszło mi do głowy, że ta sztywność mogła mieć inny powód.
Do apteki poszłam tydzień po pogrzebie. Chciałam po prostu zapytać, czy mama nie miała niezrealizowanych recept, czy trzeba coś odwołać. Taki porządek po śmierci bliskiego – zamyka się konto, wypisuje z przychodni, oddaje okulary, które jeszcze leżą na szafce nocnej.
Teraz siedziałam na ławce i patrzyłam na telefon. Na listę przelewów do Bogdana. Co miesiąc – pięćset złotych. Tytuł: “dla mamy na leki”. Cztery lata. Ani razu się nie spóźniłam. Nawet kiedy sama ledwo wiązałam koniec z końcem po tym, jak Piotrek się wyprowadził i zostałam z kredytem sama.
Zadzwoniłam do Bogdana.