Dzwoniłam. Ryszard zwykle nie odbierał. Kiedy odbierał, rozmowa trwała trzy minuty. Tak, wszystko dobrze. Tak, przyjedzie. Nie, nie wie kiedy. Tak, pozdrawia tatę.
Tata umarł w styczniu 2022 roku. Cicho, we śnie, w swoim łóżku na Targówku. Tym razem zadzwoniłam do Ryszarda od razu.
– Tata nie żyje – powiedziałam. – Pogrzeb w piątek.
Cisza. Potem:
– Dobrze. Postaram się.
Nie przyjechał. Tym razem nawet nie zadzwonił wieczorem. Pogrzeb odbył się w piątek, w deszczu, na tym samym cmentarzu co mamy. Sąsiadki już nie pytały o Ryszarda. Chyba się domyśliły.
Po pogrzebie zostałam z pustym mieszkaniem rodziców – trzy pokoje na Targówku, trzecie piętro, widok na parking i klon, który mama posadziła, kiedy Ryszard się urodził. Mieszkanie wymagało remontu. Kafelki w łazience odpadały od ściany, okna pamiętały lata osiemdziesiąte, podłoga w kuchni miała ślady po mamowym krześle na kółkach, którym jeżdżono od zlewu do stołu.
Musiałam podjąć decyzję. Mogłam trzymać to mieszkanie i wyrzucać pieniądze na rachunki, mogłam wynajmować i tłumaczyć się z cudzych awarii, albo mogłam sprzedać.
Próbowałam zadzwonić do Ryszarda. Raz, drugi, piąty. Pisałam SMS-y. Wysłałam list polecony na adres w Szczecinie. Cisza. Poszłam do notariusza, potem do sądu o stwierdzenie nabycia spadku. Sąd wezwał Ryszarda. I wtedy – po czterech miesiącach milczenia – przyszła koperta ze Szczecina. Pełnomocnictwo notarialne do sprzedaży jego udziału w mieszkaniu. Bez listu, bez słowa wyjaśnienia.
Zrobiłam remont z własnych oszczędności. Nowa łazienka, nowe okna, odświeżone ściany. Pięćdziesiąt tysięcy z pieniędzy, które odkładałam przez lata. Mieszkanie sprzedałam w listopadzie zeszłego roku. Pięćset czterdzieści tysięcy. Całość trafiła na moje konto – w końcu to ja miałam pełnomocnictwo, ja załatwiałam wszystko od początku do końca.
A potem zadzwonił Ryszard.
Styczeń, środa, jedenasta rano. Stałam za ladą w sklepie, kroiłam ser dla pani Zosi z drugiego piętra. Numer ze Szczecina na ekranie. Odebrałam, bo co miałam zrobić.
– Cześć, Teresa – powiedział, jakby dzwonił co tydzień, jakby między nami było wszystko w porządku. – Słuchaj, dowiedziałem się, że sprzedałaś mieszkanie rodziców.
Nie zapytał, jak się czuję. Nie zapytał, jak poszedł pogrzeb taty, na którym nie był trzy lata temu.
– Ile dostałaś? – zapytał.
Powiedziałam. Pięćset czterdzieści. Ale pięćdziesiąt tysięcy poszło na remont, który zrobiłam z własnej kieszeni. Więc zostaje czterysta dziewięćdziesiąt.
– Czterysta dziewięćdziesiąt – powtórzył. – Połowa to dwieście czterdzieści pięć. Proszę na konto do końca miesiąca.
Stałam z nożem do sera w ręce i patrzyłam na panią Zosię, która czekała cierpliwie po drugiej stronie lady. W głowie miałam pustkę. Nie złość – to przyszło później. Pustkę. Bo on to policzył. Spokojnie, dokładnie, co do złotówki. Jakby to była faktura, nie rodzina.
– Ryszard – powiedziałam powoli. – Nie byłeś na pogrzebie mamy. Nie byłeś na pogrzebie taty. Przez trzy lata nie odebrałeś telefonu. A teraz dzwonisz i dyktujesz mi kwotę.
Cisza. Myślałam, że się rozłączył.
– To prawo, Teresa – odezwał się. – Jestem synem, tak samo jak ty jesteś córką. Połowa mi się należy. Sam odliczyłem za remont, żebyś nie musiała.
Żebym nie musiała. Jakby robił mi przysługę.