– Odezwij się przez prawnika – powiedziałam cicho.
I rozłączyłam się.
Pani Zosia patrzyła na mnie znad lady.
– Wszystko w porządku, kochana? – zapytała.
– Tak – skłamałam. – W najlepszym.
Potem, w domu, kiedy siedziałam w kuchni z herbatą, której nie piłam, myślałam o Ryszardzie. I nie potrafiłam go nienawidzić. Bo pamiętałam go jako chłopca, który budował zamki z piasku na działce dziadków pod Garwolinem. Który płakał, kiedy zdechł nasz chomik. Który na maturze trzęsącymi się rękami otwierał kopertę z wynikami.
Coś się z nim stało po drodze. Nie wiem co. Może Szczecin, może ta firma, która nigdy nie wypalała, może rozwód, o którym dowiedziałam się przypadkiem od kuzynki. Może po prostu wstyd. Bo wstyd rośnie jak odsetki – im dłużej go nie spłacasz, tym trudniej się przyznać, że w ogóle istnieje.
Prawnik powiedział to, co wiedziałam – formalnie Ryszardowi się należy połowa. Nawet mimo nieobecności. Nawet mimo tego, że przez sześć lat nie podniósł słuchawki, kiedy tata pytał o niego codziennie wieczorem.
Do końca miesiąca nie przelałam pieniędzy. Ryszard nie zadzwonił ponownie. Nie napisał. Nie przyjechał.
Czasem myślę, że powinnam przelać i zamknąć temat. Że tata by tego chciał – żeby było po równo, żeby nie było kłótni. A czasem myślę, że tata stał na cmentarzu sam, w za dużym garniturze, i trzymał się mojego ramienia, bo drugiego ramienia nie było.
Jego część leży na koncie. Nie ruszyłam ani złotówki. Ryszard nie dzwoni. Ja też nie.
Klon pod blokiem na Targówku – ten, który mama posadziła, kiedy Ryszard się urodził – stoi i rośnie dalej. Nie pyta, czyj jest.