W środku stał mocno zaszyfrowany telefon na kartę.
Włączyłem go. Ekran skąpał moją twarz w ostrym, bladym świetle. Był zapisany tylko jeden kontakt, oznaczony po prostu: Dyrektor.
Nacisnąłem przycisk wybierania. Zadzwonił jeden raz.
„Proszę bardzo” – odpowiedział zniekształcony, mechaniczny głos.
Mój głos opadł do niskiego, autorytatywnego pomruku, rytmu, którego nie używałem od dwóch wyczerpujących lat. „Czas. Pełny protokół ewakuacji. Vance’owie nie są już… skłonni do współpracy. Upewnijcie się, że pakiety z informacjami o nadzorze finansowym są zapieczętowane i gotowe do przekazania Departamentowi Sprawiedliwości”.
„Zrozumiałem, proszę pani. ETA za dwadzieścia minut. Powodzenia.”
Połączenie ucichło. Zimny, zdecydowany błysk pojawił się w moich oczach, gdy systematycznie wycierałem urządzenie i miażdżyłem je obcasem buta. Podszedłem do wysokich, łukowatych okien, po raz ostatni ogarniając wzrokiem oświetloną księżycem, uśpioną rezydencję. Poczułem, jak dziecko przewraca się w moim brzuchu, silne i pełne życia. Wkrótce, pomyślałem. Wkrótce będą dokładnie wiedzieć, kogo próbowali złamać. Stałem tam w ciemności, drapieżnik obserwujący swoją nieświadomą ofiarę, czekając na upadek nieba.
Najpierw zadrżała ziemia. To była subtelna wibracja w podłodze, która szybko przerodziła się w głęboki, wstrząsający kościami łoskot.
Ciężki, mechaniczny ryk rozdarł cichą noc Connecticut, narastając wykładniczo, aż powietrze zdawało się wibrować. Dwa smukłe, matowoczarne helikoptery wojskowe, pozbawione jakichkolwiek znaków rozpoznawczych, gwałtownie opadały z zapadającego zmierzchu nieba. Ich potężne wirniki szarpały idealnie utrzymane trawniki w chaotyczny szał latającej trawy i gruzu, miażdżąc w kilka sekund ukochane krzewy róż Margaret. Wylądowały z przerażającą precyzją tuż na podjeździe.
Zanim płozy dotknęły asfaltu, boczne drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Snajperzy, ubrani w pełny rynsztunek taktyczny, z twarzami ukrytymi za ponurymi kominiarkami i goglami noktowizyjnymi, zjeżdżali po grubych linach. Uderzyli w ziemię, rozchodząc się i zajmując ufortyfikowane pozycje wokół domu, a ich laserowe celowniki przecinały kurz.
Jednocześnie, silnie uzbrojony oddział taktyczny szturmował okazałe wejście. Ciężkie dębowe drzwi, które Robert z taką dumą zamknął na klucz, wyleciały z zawiasów z ogłuszającym hukiem, który roztrzaskał okna w holu.