
– Mamo, nie zaczynaj… – mruknął Marek, masując skronie. – Milcz! – przerwała mu ostro Maria. – Rozmawiam nie z tobą, tylko z nią! – zrobiła krok naprzód, zwężając oczy. – Jesteś chciwa, Klaro. Od początku taka byłaś. Wszystko masz rozpisane, zaplanowane, przeliczone. Samochód chce kupić… po co? Żeby się pokazać? A obok ciebie – moja krew, mój syn. Przyjeżdża do mnie i mówi: jesteś zimna, wszystko liczysz. Klara spojrzała jej prosto w oczy. Jej głos był dziwnie spokojny: – Marek, to prawda? Odwrócił wzrok. Cisza zawisła ciężka, gęsta, jak przed burzą. – Ja… czasem tylko do mamy wpadam. Samotna jest – wymamrotał. – Samotna – powtórzyła. – Rozumiem. Klara weszła do sypialni. Wszystko działo się spokojnie. Aż za spokojnie. Z pawlacza wyciągnęła dwa stare kraciaste worki – te same, z którymi Marek trzy lata temu przyszedł do niej mieszkać. Zamki zaskoczyły suchym kliknięciem. Jej ręce poruszały się pewnie: koszule, skarpetki, dresy – wszystko układała porządnie, prawie z troską. – Co ty robisz? – głos Marka był zdławiony, jakby brakowało mu powietrza. – Sprzątam. – Nie podniosła głowy. – Twoje rzeczy. – To też mój dom! – krzyknął, robiąc krok w jej stronę. – Nie, Marku. To mój dom. Kupiłam go przed tobą.
Ty przyszedłeś tu z walizką, pamiętasz? – odwróciła się, jej oczy błyszczały, ale nie od łez. – Jesteśmy razem trzy lata! – powiedział rozpaczliwie. – Byliśmy – odpowiedziała spokojnie. Wyniosła worki do przedpokoju. Maria zamarła, pobladła. Na policzkach drżała czerwona nitka gniewu i niedowierzania. – Ty go wyrzucasz? – wyszeptała. – Zabierz swojego syna. Niech mieszka z tobą. Niech robi remont. Ile chce. Maria eksplodowała. – Marku! Słyszysz to?! Pozwolisz jakiejś kobiecie… – Mamo, proszę, dość! – przerwał, lecz jego głos brzmiał słabo. – Wszystko już postanowione. – Synku, nie waż się! – chwyciła go za rękaw. – Jesteś mężczyzną czy mięczakiem?! Stał z pochyloną głową. Klara bez słowa postawiła obok jego buty. W ciszy słychać było, jak zamek torby zatrzasnął się z kliknięciem. – Idźcie – powiedziała cicho, ale bez drżenia. – Oboje. Maria rzuciła się do drzwi, sycząc coś o niewdzięczności, ale Klara już nie słuchała. Gdy drzwi się zamknęły, w mieszkaniu zapadła dźwięczna cisza. Tylko zegar na ścianie odliczał sekundy jak uderzenia serca. Klara powoli usiadła na krześle. Jej ręce drżały.
Nie ze strachu – z ulgi. Telefon znów zawibrował. Wiadomość od Łukasza: „Zabrać cegły? Czy zostawiacie?” Spojrzała na ekran i uśmiechnęła się lekko. Odpisała krótko: „Zabierzcie”. Potem zamknęła oczy i po prostu siedziała, słuchając, jak cicho kapie czas. Miesiąc później w pracy ogłoszono nabór na kursy menedżerskie. Klara zapisała się jako pierwsza. Po pół roku kupiła samochód – dokładnie taki, o jakim marzyła. Biały, prosty, ale jej własny. A domek Marii nadal stał z przekrzywioną werandą. Mówiono, że robotnicy przerwali remont, a cegły porosły trawą. Czasem Klara widywała Marka w supermarkecie. Szedł między regałami, przygarbiony, z koszykiem w ręku, a obok niego Maria – głośna, nerwowa, wciąż z tą samą nutą kontroli w głosie. Uśmiechał się, ale w tym uśmiechu było zbyt wiele zmęczenia. Klara przechodziła obok, jakby go nie widziała. A tylko wieczorem, siadając za kierownicą, pozwalała sobie na krótki oddech radości – nie z zemsty, nie ze zwycięstwa. Z tego, że kiedyś zdążyła powiedzieć: „Dość”. I już nigdy się nie cofnęła.