Ciąg dalszy historii
— Po co?! Wiedziałaś, że Laurze będzie przykro. — Tomku, nie dramatyzuj. Po prostu nie potrafisz rozmawiać. — Nie, to ty nie potrafisz szanować. Nas. Cisza. Potem metaliczny dźwięk łyżeczki. Klara podniosła wzrok znad kieliszka. — Nadal porywczy — powiedziała z półuśmiechem. — Pewnie za to go pani kocha? Nie zdążyłam odpowiedzieć — wrócili. Twarz Elżbiety była lodowata. Tomasz wyglądał, jakby przeszedł przez sztorm. — Wychodzimy — powiedział. — Tomasz! — głos matki drżał. — Przez taką błahostkę? — Właśnie przez taką — odparł sucho. Między nimi zawisło coś ostrego, kruchego. Potem wziął mnie za rękę i wstałam bez słowa. — Lauro — powiedziała miękko Klara. — Nie gniewaj się. Naprawdę nie chciałam się wtrącać. — W porządku — skinęłam głową. — Dzięki, że przypomniałaś mi, po co dziś tu przyszłam. Elżbieta zrobiła krok do przodu: — Tomku, popełniasz błąd! Dla niej odwracasz się od rodziny! — Rodzina to nie ci, którzy ciągną za stare sznurki — odparł. — To ci, którzy są obok, nawet kiedy jest ciężko. Wyszliśmy. Na klatce czuć było kurz i zimno.
Tomasz ścisnął moją dłoń. — Przepraszam, Lauro — powiedział cicho. — Za co? — Spojrzałam na niego. — Że wreszcie postawiłeś kropkę? Uśmiechnął się. Blado, ale szczerze. — Jedźmy do domu. … Minęło kilka miesięcy. I pewnego poranka Elżbieta zadzwoniła. — Tomasz, chciałabym przeprosić. Miałam rację w jednym — byłam nie w porządku. Tomasz bez słowa podał mi telefon. Wzięłam go. — Lauro… — jej głos pierwszy raz zabrzmiał po ludzku. — Pomyślałam… może kiedyś przyjedziecie? Bez gości. Tylko wy. Ja. — Zobaczymy — odparłam. Kiedy odłożyłam słuchawkę, Tomasz powiedział: — Nie musimy jechać. Ona się nie zmieni. — Może i nie — uśmiechnęłam się. — Ale przynajmniej przestała myśleć, że świat kręci się wokół Klary. Zaśmialiśmy się. Potem przyciągnął mnie bliżej, objął ramieniem. Za oknem prószył lekki śnieg. I wtedy zrozumiałam: najlepszy rodzinny obiad to ten, podczas którego nikt nie musi udawać.