
Następnego dnia wstałam wcześniej niż zwykle. Plan ułożył się w mojej głowie tej nocy, kiedy nie zmrużyłam oka, słuchając cichych łkań Emilii z pokoju obok. Nie chciałam się mścić złośliwie — chciałam tylko, żeby Mariola poczuła ten sam ból, który zadała dziecku. Zaparzyłam kawę, odprowadziłam Emilię do przedszkola i, udając, że wszystko jest po staremu, zadzwoniłam do teściowej. — Mariolo, dzień dobry — zaczęłam spokojnie. — Chciałabym z tobą porozmawiać. Może wpadniesz wieczorem? Upiekę twój ulubiony szarlotkę z cynamonem. Przez chwilę milczała, ale ciekawość wygrała: — Wieczorem, powiadasz? Dobrze, zobaczymy, o co chodzi. Kiedy przyjechała, w całym domu pachniało wanilią i ciepłym ciastem. Na stole stała szarlotka, czajnik syczał, wszystko wyglądało idealnie. Rozmawiałyśmy o pogodzie, o sąsiadach, o wszystkim — aż w końcu wyjęłam z szafy pudełko. — To dla ciebie — powiedziałam spokojnie. Otworzyła je. W środku leżał starannie zapakowany stary, plastikowy rowerek zabawkowy Emilii. Ten, który kosztował grosze, ale był jej ukochanym. Mariola zmarszczyła brwi. — Co to ma być za żart? — To nie żart. Pomyślałam tylko, że skoro tak martwisz się o stan rzeczy, to teraz ten też jest twój. Możesz go pielęgnować, naprawiać, dbać o niego — jak chcesz.