
— No i?! — Łukasz warknął, ale Elżbieta nie odpowiedziała. Na ekranie migało powiadomienie: dostawa potwierdzona. Zamówienie Łukasza. Kolejne. Jej spojrzenie pozostało chłodne, równe, jak ostrze skalpela. — Kupowałeś aż do końca — powiedziała spokojnie. — Nawet dziś rano. Zmarszczył brwi. — Co ty wymyślasz? To drobiazgi! Robisz z igły widły! — przez irytację przebiła się nuta usprawiedliwienia. — Problem nie w zakupach, Łukasz. Nigdy w nich nie był — Elżbieta zamknęła laptopa. — Problem w tym, że przestałeś widzieć granice. Moje, twoje, wspólne decyzje — wszystko się rozmyło. Jakbyś żył w świecie, w którym pieniądze biorą się znikąd, tylko dlatego, że ktoś obok pracuje. Chciał coś powiedzieć, ale zamilkł. Po raz pierwszy od miesięcy zobaczył w niej coś obcego — twardość, której nie da się podważyć. Zrobiło mu się nieswojo. — Słuchaj — zaczął ciszej. — Nie chciałem tak. Po prostu… wszystko się posypało. Sam nie wiem… — A ja wiem — przerwała spokojnie. — Nie szukałeś pracy. Trzy miesiące — ani jednego spotkania. Żadnych prób. Nawet nie udawałeś, że chcesz coś zmienić. Po prostu wykorzystałeś to, co było pod ręką. Odwrócił wzrok. Po pokoju biegły smugi wieczornego światła — jakby cięły przestrzeń na kawałki.