Ciąg dalszy historii
Marek cały dzień milczał, tylko obserwował. Gdy wzięła klucze, powiedział: — Jak wyjdziesz, nie wracaj. — Więc nie czekaj — odpowiedziała. I wyszła. Przy dźwiękach muzyki na żywo, przy śmiechu kolegów, w zapachu wina i swobody, jej ramiona trochę się rozluźniły. Po raz pierwszy od dawna nie czuła na sobie czyjegoś wzroku pełnego osądu. Aż nagle, wśród rozmów, ekran telefonu zamigotał imieniem „Marek”. Siedem nieodebranych. Potem osiem. W końcu wiadomość: *„Mama w szpitalu. Jesteś teraz zadowolona?”* Zimno uderzyło w kark. Emilia chwyciła torebkę, wybiegła. Taksówka, zimne powietrze, krótkie sygnały. W izbie przyjęć Zofia leżała pod kroplówką — wysokie ciśnienie. Marek stał obok, mroczny, oskarżycielski. — Do czego ją doprowadziłaś — syknął. — Ja? — pobladła Emilia. — Przyszła sama… — Zamknij się. Twoje imprezy, twoja zuchwałość — przez to się denerwowała. Lekarz, przechodząc obok, rzucił: „Za dwa dni będzie jak nowa”. Ale Marek nie słuchał. Widział tylko winowajczynię — ją.
W domu nie powiedział ani słowa. Położył się na kanapie, wpatrzony w telefon. Emilia siedziała przy oknie. Wszystko rozpadało się po cichu. I tej nocy, pierwszy raz od lat, zapłakała. Po trzech dniach Zofia zadzwoniła sama: — Musisz zrozumieć, Emilio, że kobieta w rodzinie nie może żyć z dumą. Marek cierpi. — A ja nie? — wyszeptała. — Sama wybrałaś — być kamieniem. To teraz smakuj. Emilia nie odpowiedziała. Położyła telefon na stole. Otworzyła stronę banku i napisała do agenta nieruchomości: *„Chcę sprzedać mieszkanie. Pilnie.”* Miesiąc później Marek znalazł kartkę na pustym stole: *„Zmęczyło mnie bycie celem. Rób, co chcesz, ale mnie już tu nie ma.”* Sąsiedzi mówili potem, że widzieli, jak białe auto odjeżdżało o świcie. A w oknie długo paliło się światło — aż do rana. Emilia wynajęła małe mieszkanie w innej dzielnicy. Bez idealnych matek, bez cieni. Tylko jej czajnik, książki i poranne słońce. I po raz pierwszy od wielu lat cisza nie oznaczała wojny. Oznaczała wolność.