
Poranek przywitał lepką ciszą. Powietrze wydawało się cięższe. Emilia obudziła się w sypialni, Marek — na kanapie. Wczorajsza burza zostawiła po sobie sadzę milczenia. Przy śniadaniu powiedział: — Wczoraj przesadziłaś. — A ty przekroczyłeś granicę. — Broniłem matki. — A ja siebie. Zamilkł, zaciskając usta. Dni płynęły gęsto, prawie bez dźwięku. Nowa taktyka: bez krzyku, bez kłótni — cisza. Nacisk niewidzialny, psychiczny. Teraz Marek czytał jej na głos wiadomości od Zofii: > „Dobra żona szanuje męża. Jeśli nie szanuje — po co małżeństwo?” Emilia wychodziła do sypialni bez słowa. Ale ściany mieszkania przestały być domem. Chłonęły urazy, szepty, spojrzenia — i stawały się zimnem. Kiedy pewnego dnia powiedział: „W piątek nigdzie nie idziesz”, użyła całej siły, by nie parsknąć śmiechem. — Co to znaczy „nie idę”? Mamy firmowy wieczór. — Więc nie idziesz. Zamężne kobiety nie włóczą się po restauracjach. — Marku, to nie restauracja. To praca. — Twoja praca jest w domu! — ryknął. — Poradzisz sobie bez nich. Emilia usiadła, zmusiła się, by mówić spokojnie. — Nie pytałam o pozwolenie. Informuję. I idę. Spojrzał na nią tak, jakby po raz pierwszy widział obcą kobietę. Piątek. Założyła granatową sukienkę z odkrytymi plecami. Makijaż — delikatny, ale pewny.