
Spojrzałam na Lilę i cicho przytaknęłam. – Chcę. Bardzo. Chcę wreszcie nie czekać, aż ktoś mnie gdzieś zawiezie. Chcę zrobić choć jeden krok sama. Helena prychnęła. – „Takie samotne kroki często kończą się upadkiem.” – Trudno – odpowiedziałam. – Ale to będą *moje* upadki. Po kolacji poszłam do sypialni. Łukasz przyszedł kilka minut później, ale nie podszedł blisko. – Amelia, po co ty wszystko tak przeżywasz? Mama po prostu się martwi. – Nie, Łukasz – uniosłam głowę. – Ona się nie martwi. Ona kontroluje. A ty jej na to pozwalasz. Zmarszczył brwi, usiadł na brzegu łóżka. – „Chcesz, żebym wyrzucił własną matkę?” Zamknęłam oczy. – „Chcę, żebyś chociaż raz stanął po mojej stronie.” Dłuższa cisza. Potem powiedział cicho: – Ona zawsze wierzyła, że to mężczyzna wszystkim się zajmuje. Tak ją wychowano… – A nas – inaczej – przerwałam mu. – I ja nie zamierzam palić swoich pragnień dla czyjejś przeszłości. Wyszedł, nic więcej nie mówiąc. Drzwi cicho się zamknęły, a ja zostałam sama – z myślami, wątpliwościami, ale i dziwną ulgą. Następnego dnia poszłam do salonu samochodowego. Swetry, garnitury, błyszczące witryny – a tam, w rogu, stała ona: szara, piękna, jak ucieleśnienie wolności.