
Ale bez wykładów się nie obyło. Emma jakby czekała, że Maria zaraz się rozsypie, zapłacze, poprosi o przebaczenie za to, że ośmieliła się urodzić bez jej aprobaty. Ale Maria milczała. Milczenie bolało bardziej niż słowa. Kiedy wypisywali ich ze szpitala, Emma czekała przy samochodzie z bukietem i aparatem, rozkazując: „Uśmiechnijcie się!” — jakby zdjęcie miało wisieć na ścianie jako dowód jej racji. Wieczorem już stała w drzwiach z zupą, lekarstwami i maleńkimi skarpetkami. — Wszystko naturalne — oznajmiła dumnie Emma. — Gotowałam sześć godzin. — Dziękujemy, ale mamy jedzenie. — Naturalne jedzenie nie pochodzi z paczki. — Emma weszła jak do siebie. — Gdzie wózek? Wybrałaś porządny? — Tak, składany, lekki. — Taki się przewróci na pierwszym krawężniku. Pokażę ci, jaki trzeba kupić. — Emmo, — Maria zgrzytnęła zębami, — to MOJE dziecko. — To MOJA wnuczka! — wybuchła. — I dopóki mieszkacie w MOIM mieszkaniu, będę wiedzieć, co się dzieje! Maria zapłonęła jak zapałka. Łukasz zareagował za późno i bez przekonania. — Mamo, dość. Daj im spokój. — Im? — powtórzyła Emma. — Jej zachciało się decydować, a mój syn? Masz pracę, stres, kredyt… Mam milczeć, gdy mojemu synowi ciężko?