
…liczeniem! Twarz Izabeli nie drgnęła. Ale coś w niej, delikatne jak nerw, pękło. Wszystko stało się jasne i nieodwracalne. Powoli odwróciła się, sięgnęła po teczkę z napisem „Archiwum umów” i wyciągnęła pusty skoroszyt. Rozłożyła dokumenty, zaczęła wypełniać formularze. Bardzo spokojnie, ciszej niż szelest papieru. Marek wciąż coś mówił, tłumaczył się, nawet uśmiechał jak chłopiec przyłapany na psocie. Ale ona nie słyszała. Wszystko rozpłynęło się w jednostajnym szumie myśli: *likwidacja nieefektywnego aktywa — natychmiast*. *** Trzy dni później Marek zobaczył na stole w salonie schludny plik dokumentów. Na okładce — jego nazwisko. Pod spodem: *Umowa o rozwiązaniu małżeństwa i podziale majątku*. — To żart? — zapytał, stojąc w drzwiach gabinetu. — Izabelo, ty mnie straszysz. — Nie — odpowiedziała, nie odrywając wzroku od monitora. — To bilans. — Ale przecież jesteśmy rodziną! Naprawię wszystko! Wiesz, że po prostu… — Po prostu przynosisz straty — przerwała mu łagodnie. — Ratuję firmę, Marku. Firmę, którą jest moje życie. Zrobił krok naprzód, chciał chwycić ją za rękę, ale się odsunęła. — Nie rozumiesz — wysyczał. — Bez mnie twoje wykresy, twoje liczby nic nie znaczą! — Liczby nie zawodzą — odparła spokojnie. — Zaufanie — tak. Marek pociągnął za sobą drzwi, zatrzaskując je z hukiem. Echo odbiło się w pustce.