Ciąg dalszy historii
– Oczywiście – uśmiechnęła się łagodnie Franceska. – Tylko przypominam: nie zamierzaliśmy do was przychodzić. Zosia głośno zapakowała pojemniki z powrotem do torby. Starsze dzieci pomaszerowały do furtki, burcząc coś o „złej cioci Frani”. Najmłodsze odwracały się, patrząc na grill, jakby żegnały się z niespełnionym obiadem. Gdy furtka w końcu się zamknęła, Franceska odłożyła cęgi na stół i głęboko odetchnęła. Leon podniósł wzrok. – Może przesadziłaś?… To przecież rodzina. – Właśnie dlatego – odparła, patrząc na gasnące węgle – ktoś musi ich nauczyć granic. Podszedł, objął ją ramieniem. – Może chociaż kawałek upieczemy dla siebie? – zapytał półgłosem, jakby bał się spłoszyć spokój. – Oczywiście – uśmiechnęła się lekko. – Dla tego momentu to wszystko było warto. Płomień znów rozbłysnął pod rusztem. Zapach rozmarynu powrócił – delikatny, szczery, pozbawiony nuty irytacji. Później, podczas kolacji przy otwartym oknie, które muśnięciem wiatru poruszało firanką, Franceska pozwoliła sobie na pierwszy tego wieczoru prawdziwie spokojny oddech. Mięso było soczyste, wino – chłodne, a cisza – słodka. – Wiesz – powiedział Leon, patrząc na nią z czułością – myślałem, że będzie niezręcznie. Ale to chyba pierwszy raz od lat, gdy wieczór był naprawdę nasz. Franceska skinęła głową: – I niech tak zostanie. Póki ktoś nie pomyśli, że dym nad naszym ogrodem to zaproszenie na darmowy posiłek. Zaśmiali się oboje. I przy trzaskających węglach wreszcie nastała cisza, dla której warto było przetrwać cały ten dzień.