
– Jak to – „do domu”? – Zosia patrzyła na Franceskę szeroko otwartymi z oburzenia oczami. – Ty sobie żartujesz? Dzieci czekają, zapach roznosi się po całej ulicy! – No właśnie – odpowiedziała spokojnie Franceska. – Nie możemy jeść mięsa przed tymi, którzy mają ciężkie czasy. To byłoby… okrutne. Zachowajmy je na lepsze dni. – Jakie znowu lepsze dni?! – wrzasnęła Zosia, łapiąc syna za rękę, żeby nie sięgnął w stronę grilla. – One są głodne! – Świetnie – uśmiechnęła się Franceska. – Zaraz ugotuję makaron. Jeszcze została jedna paczka. Dzieciom zasmakuje. Bez mięsa, oczywiście. Zosia poczerwieniała ze złości. Tomek spuścił wzrok, trzymając w dłoniach pustą paczkę po serwetkach. Leon, stojąc w progu, nie wiedział, co zrobić. – Fran, może po prostu… – zaczął niepewnie, ale Franceska przerwała mu stanowczo: – Leon, włóż mięso do zamrażarki. Proszę cię. Jej ton sprawił, że nawet dzieci ucichły. Śpiew cykad zza płotu brzmiał głośniej niż oddechy obecnych. Franceska zwróciła się do Zosi i Tomka: – Rzadko nas odwiedzacie. Może napijecie się herbatki? Mam ziołową – uspokajającą. – Co to za kpiny?! – wybuchła Zosia. – Przyjechaliśmy z dziećmi, a ty nas herbatą częstujesz?! Nie wstyd ci? – Wręcz przeciwnie – odparła spokojnie Franceska. – Gościnne i dobre dla nerwów. Tomek niespokojnie przestąpił z nogi na nogę. – Zosiu, może rzeczywiście pojedźmy? Jeszcze półtorej godziny drogi do domu, dzieci zmęczone… – Pojedziemy, jasne! – Zosia zagryzła wargę ze złości. – Ale niech twoja „ciocia” pamięta – następnym razem, gdy przyjdą do nas, ja jej to przypomnę!