
Ewa siedziała na krześle z opuszczonymi ramionami, ale w jej oczach nie było już zagubienia. Tylko spokój. Tę lodowatą pewność, która przychodzi, gdy już nie ma odwrotu. Marcin patrzył na nią, jakby pierwszy raz widział tę twarz. Jej stanowczość go przerażała. Przywykł do miękkiej, zawsze ustępującej Ewy. Teraz jednak siedziała przed nim inna kobieta — z prostymi plecami, równym oddechem i wyraźnym planem. — Chcesz powiedzieć, że mieszkanie jest teraz twoje? — warknął w końcu. — Nie. Chcę powiedzieć, że teraz wszystko jest sprawiedliwie. Koniec z obietnicami „później to przepiszemy”. „Później” nadeszło dziś — jej głos był spokojny, ale w każdej sylabie czuć było siłę. Zerwał się z miejsca, o mało nie przewracając krzesła: — Nie odważysz się! To były pieniądze mojej matki! Wszystko można jeszcze odkręcić! — mówił coraz głośniej, prawie krzycząc. Ewa wstała, podeszła do okna i lekko uchyliła zasłonę. Za oknem padał lekki śnieg. Biały, cichy — jak początek czegoś nowego. — Odkręcić? Marcin — odwróciła się — możesz odkręcić co najwyżej swoje słowa. Ale czasu już nie cofniesz.