– Mamo, może mogłabyś jedno powiesić? Na regale jest jeszcze miejsce. Obok Wiktorii.
Mama spojrzała na mnie, jakbym zaproponowała coś dziwnego.
– Jolka, tam wszystko ładnie stoi. Nie będę teraz przestawiać.
Wróciłam do domu i nie mogłam zasnąć do drugiej w nocy. Zenon spał obok i chrapał równo, a ja leżałam i myślałam o tym, że mam pięćdziesiąt osiem lat i wciąż czekam, aż mama powie, że jestem ważna.
Bo o to chodzi – nie o zdjęcia.
Zdjęcia to symbol. Czternaście ramek na ścianie to czternaście razy: widzę cię, Lucynko. Album w szufladzie to: Jolka, ty i tak tu jesteś, po co ci ramka.
Rozmawiałam o tym z Agatą. Córka słuchała, pijąc herbatę, i w pewnym momencie powiedziała coś, co mnie zatrzymało.
– Mamo, a ty masz moje zdjęcie w salonie?
Miałam. Jedno, na półce za telewizorem, trochę zasłonięte kablem od dekodera. Agata kiwnęła głową i nie powiedziała nic więcej, ale ja zrozumiałam, o co pytała.
Wieczorem wyjęłam z szuflady wszystkie zdjęcia Agaty i wnuków, jakie miałam. Dziewięć odbitek. Pojechałam do sklepu z ramkami i kupiłam sześć najtańszych – białych, prostych, po siedem złotych.
Wróciłam do domu, wstawiłam zdjęcia i porozwieszałam w przedpokoju i w kuchni. Kacper na huśtawce. Zosia z warkoczami. Agata na studiach – jeszcze przed szpitalem, jeszcze z długimi włosami i tym swoim szerokim uśmiechem.
Zenon wrócił z pracy, zobaczył i powiedział: – O, ładnie.
Nie powiedział nic więcej, ale ładnie to w jego przypadku naprawdę znaczy ładnie.
W następną środę pojechałam do mamy jak zwykle. Siatki, lodówka, okna, kurze. Kiedy mama poszła do łazienki, otworzyłam szufladę i wyjęłam album z bordową okładką. Poszłam do przedpokoju i włożyłam go do swojej torby.
Mama nie zapytała o album. Ani tego dnia, ani następnego, ani przez kolejne trzy tygodnie.
A ja przestałam liczyć zdjęcia na jej ścianie. Nie dlatego, że ich tam mniej. Dlatego, że teraz mam swoje.
Na lodówce w mojej kuchni wisi zdjęcie Kacpra przebranego za rycerza. To, które mama włożyłaby do szuflady.
U mnie wisi na widoku.