Mieszkam na Tysiącleciu, oni na Północy – dwa autobusy albo jeden, jeśli złapię ten o szóstej zero trzy, który jedzie przez centrum. Czterdzieści minut w jedną stronę, jeśli nie ma korków i autobus się nie spóźni. Wstaję o piątej, bo muszę się ubrać, wypić herbatę, dojść na przystanek. Jestem u nich koło siódmej mniej pięć, piętnaście minut przed wyjściem Natalii.
Olek jest cudowny. Taki malutki ciepły człowieczek, który patrzy na mnie tymi okrągłymi oczami i się uśmiecha. Dla niego bym zrobiła wszystko. I robiłam.
Kąpałam go, karmiłam, bawiłam się, chodziłam na spacery z wózkiem – nawet w deszczu, bo “dziecko potrzebuje świeżego powietrza”. Natalia zostawiała mi kartki na lodówce z rozkładem dnia: o której podać zupkę, kiedy drzemka, ile minut na brzuszku. Nie pytała, czy mi to odpowiada. Informowała.
Na początku Kamil wracał o siedemnastej i mówił: “Mamo, jedź, odpoczywaj.” Potem zaczął wracać o osiemnastej. A później Natalia napisała, że ma projekt i będzie o dziewiętnastej, i czy mogę poczekać. “Jeden raz” – napisała. Potem drugi. Trzeci.
Po dwóch miesiącach dziewiętnasta stała się normą.
Liczyłam kiedyś. Trzynaście godzin od wyjścia z domu do powrotu. Sześć dni w tygodniu, bo Natalia czasem “musiała nadrobić” w sobotę. Za darmo. Bez umowy, bez ustaleń, bez pytania, czy mi to pasuje. W końcu jestem babcią, nie obcą opiekunką. Babcie nie biorą pieniędzy.
Pieniędzy zresztą nikt nie zaproponował. Ani razu. Kamil zarabiał dobrze, Natalia chyba jeszcze lepiej – widziałam ich nowe auto, nową kanapę, weekendowe wyjazdy we dwoje, kiedy “babcia i tak jest”. Ja za to wydawałam swoją emeryturę na bilety autobusowe i nie kupowałam sobie nowych butów na zimę, bo te stare jeszcze jakoś trzymały.
Koleżanka Basia, z którą piłam kawę w poniedziałki – jedyny wolny dzień – powiedziała mi kiedyś wprost:
– Wanda, oni cię wykorzystują. Wiesz o tym, prawda?
Powiedziałam, że przesadza. Że to rodzina. Że Olek mnie potrzebuje.
– Olek cię potrzebuje – odpowiedziała Basia. – Ale oni potrzebują darmowej siły roboczej.
Zdenerwowałam się wtedy. Wyszłam wcześniej. Przez dwa tygodnie nie odzywałam się do Basi. Ale jej słowa siedziały we mnie jak drzazga, której nie da się wyjąć.
Potem zachorowałam. Zwykłe przeziębienie, ale przy moim wieku i po tylu miesiącach niedoboru snu – przewróciło mnie na łopatki. Gorączka, kaszel taki, że bolały żebra. Zadzwoniłam do Kamila w niedzielę wieczorem, żeby uprzedzić.