Część 1
Stałam obok trumny Marcusa w kościele San Lorenzo w Madrycie, jedną ręką przyciskając brzuch pod czarną suknią żałobną.
Operacja miała miejsce zaledwie kilka dni wcześniej i każdy oddech przypominał mi, że wciąż się goję. Ale ból fizyczny był niczym w porównaniu z żalem, który ogarnął mnie po śmierci Marcusa.
Kościół był pełen dyrektorów, krewnych, polityków i starych przyjaciół rodziny. Trumnę otaczały białe lilie. Świece migotały pod witrażami.
Wszyscy wyglądali na smutnych.
Nie wszyscy byli.
Chloe spóźniła się, akurat gdy zaczynała się msza.
Przeszła do ołtarza w idealnym makijażu, w drogiej czarnej sukience i z pewnością siebie kogoś, kto wierzył, że już wygrał.
Obok niej stał mój sześcioletni syn, Daniel.
Jego widok sprawił, że serce mi się krajało.
W ciągu ostatnich tygodni Chloe włączyła się w każdą sferę naszego życia. Twierdziła, że Marcus ufał jej bardziej niż komukolwiek innemu. Mówiła ludziom, że była jego najbliższą powierniczką. Plotki szybko się rozeszły po śmierci Marcusa, a ona dodawała otuchy każdemu z nich.
Podchodząc do pierwszego rzędu, uśmiechnęła się do mnie.
To nie był smutny uśmiech.
Był to uśmiech triumfu.
Kiedy ksiądz przerwał na modlitwę, Chloe nachyliła się do mnie.
„Wszystko teraz należy do mnie” – wyszeptała.
Nic nie powiedziałem.
Kontynuowała.
„Firma. Nieruchomości. Przyszłość”.
Jej wzrok przesunął się w stronę Daniela.
„Nawet dziecko”.
Powoli podniosłem wzrok.
Pewność siebie w jej wyrazie twarzy ani na chwilę nie zmalała.
„Naprawdę w to wierzysz?” – zapytałem.
„Wiem”.
Nabożeństwo trwało.
Ludzie wygłaszali przemówienia o Marcusie.
Nazywali go genialnym.
Wizjonerem.