Syn powiedział, że muszę sprzedać kawalerkę po mężu, bo potrzebuje pieniędzy na działalność gospodarczą. Stałam przy oknie z telefonem w ręku i czytałam tę wiadomość po raz czwarty.

Za szybą padał grudniowy deszcz, a na parapecie stała doniczka z gwiazdą betlejemską, którą kupiłam tydzień wcześniej – bo Janusz zawsze kupował mi gwiazdę betlejemską na święta, i po jego śmierci robiłam to sama, jakby to cokolwiek zmieniało.

“Zadzwoń, jak zmienisz zdanie.” Pięć słów. Bez “mamo”. Bez “wesołych świąt”. Jakbym była dłużnikiem, który zalega z ratą.

Janusz umarł dwa lata temu. Wylew w pracy, na budowie – wyszedł rano, a wróciły do mnie tylko jego rzeczy w reklamówce. Portfel, telefon, kurtka, drugie śniadanie w pojemniku, którego nie zdążył zjeść.

Byłam wtedy dwa lata po przejściu na emeryturę, sześćdziesiąt trzy lata, całe życie w jednej fabryce pod Tarnowem – zaczynałam na linii produkcyjnej, kończyłam jako szefowa zmiany. Myślałam, że teraz zacznie się nasze spokojne życie. Że będziemy jeździć nad morze poza sezonem i wreszcie wyremontujemy łazienkę.

Zamiast tego zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Grabówce z emeryturą, która ledwo wystarczała na rachunki, i z kawalerką po Januszu na Krakowskiej. Tę kawalerkę Janusz kupił piętnaście lat temu – za pieniądze ze spadku po swoim ojcu.

Planował, że będzie dla wnuków, kiedy dorosną. Albo na czarną godzinę. Wynajmowałam ją studentce z Politechniki i ten dodatkowy dochód z wynajmu ratował mój budżet.