Kiedyś narzekałem za każdym razem, gdy widziałem jej nazwisko na liście przesyłek, aż w końcu zrozumiałem, dlaczego zamawiała byle co.
Mam na imię Antoine. Mam dwadzieścia dziewięć lat i doręczam paczki w średniej wielkości mieście w zachodniej Francji. Nie jest to duże, krzykliwe miasto. Normalne miasto, z nieco podniszczonymi budynkami, poobijanymi skrzynkami pocztowymi i klatkami schodowymi pachnącymi środkami czystości.
Na mojej liście był jeden adres, którego nie lubiłem.
Trzecie piętro. Brak windy.
Pani Besson.
Miała osiemdziesiąt cztery lata. Niska, szczupła kobieta, zawsze zadbana, zawsze w kamizelce zapiętej pod samą szyję. Chodziła o lasce i otwierała drzwi powoli, jakby każdy krok wymagał odwagi.
Problem nie leżał w niej.
Leżały w niej paczki.
Prawie każdego dnia miałem małą paczkę dla Madame Besson. Nigdy nic ważnego. Paczkę klamerek do bielizny. Szpulkę nici. Plastikowa łyżka. Dwa guziki. Tania ściereczka. Lekka koperta, jakby pusta.
I wszedłem po to trzy piętra schodów.
Mój telefon ciągle piszczał. Zawsze miałem za dużo adresów, za mało czasu, za dużo schodów do pokonania. Więc tak, przyznaję, wzdychałem, zanim jeszcze wszedłem do jej budynku.
W pewien wtorek byłem już spóźniony. Bolały mnie plecy, jeszcze nic nie jadłem, a dzień zdawał się nie mieć końca. Kiedy zobaczyłem małą paczkę zaadresowaną do Madame Besson, zacisnąłem zęby.
Na etykiecie widniał napis: Paczka trzech gumek kuchennych.
Trzy gumki.
Wszedłem po schodach szybciej niż zwykle, prawie wściekły. Dotarłem do jej drzwi, zeskanowałem paczkę i zadzwoniłem dzwonkiem.
Za drzwiami usłyszałem jej kroki. Powolne. Nierówne.
Drzwi się otworzyły.
„Ach, Antoine” – powiedziała z lekkim uśmiechem. „Znowu tu byłeś dzisiaj”.
Podałem jej paczkę.
„Dzień dobry, pani Besson. Pani paczka.”
Chciałem natychmiast wyjść. Ale ona wykonała niezgrabny ruch laską i paczka o mało nie upadła. Instynktownie zrobiłem krok naprzód, żeby jej pomóc.
Wtedy zobaczyłem wejście do jej mieszkania.
Paczki wszędzie.
Nie tylko dwie czy trzy.
Dziesiątki.
Stosowały się pod ścianą, leżały na małym stoliku konsolowym, obok wieszaka na ubrania. Koperty z folii bąbelkowej, małe pudełka, torby wciąż zamknięte. Żadna z nich nie była otwierana.
Zamarłem.
„Pani Besson… nie otworzy ich pani?”
Jej uśmiech zniknął.
Spuściła wzrok jak dziecko przyłapane na robieniu czegoś złego.
„Och, to nie są ważne rzeczy.”
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Patrzyłem na paczki, na te wszystkie bezużyteczne drobiazgi i nie rozumiałem.
„Ale po co w takim razie je zamawiać?”
Zacisnęła mocniej laskę. Jej dłoń lekko drżała.
Przez kilka sekund słychać było tylko odległe odgłosy budynku. Zamykane drzwi. Gdzieś spłukiwana toaleta. Życie innych, za ścianami.
Potem powiedziała cicho:
„Bo kiedy coś zamawiam, ktoś dzwoni do drzwi”.
Poczułam, jak moja twarz się zmienia.
Uniosła na mnie wzrok.
„Mój mąż zmarł pięć lat temu”. Wcześniej zawsze panował tu hałas. Jej kubek na stole. Jej kapcie na korytarzu. Jej radio w kuchni. Nawet kiedy nie rozmawiałyśmy, wiedziałam, że nie jestem sama.
Przełknęła ślinę.
„Teraz zdarzają się dni, kiedy nikt nie wymawia mojego imienia. Ani razu”.
Nie ruszyłam się z miejsca.
Małe opakowanie gumek do włosów wciąż trzymałam w dłoni.
„Więc zamawiam drobiazgi” – kontynuowała. „Niedrogie rzeczy. Rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebuję. Mówię sobie, że to nie ma znaczenia. W ten sposób ktoś podchodzi. Ktoś dzwoni do drzwi. Ktoś pyta: «Pani Besson?» I przez kilka sekund… wciąż istnieję dla kogoś”.
Poczułam wstyd.
Naprawdę wstyd. Taki, który ściska gardło.
Od tygodni ją oceniałam. W myślach nazywałam ją zrzędliwą staruszką, trudną klientką, stratą czasu. Jej paczki postrzegałam jako zmarnowane minuty.
Dla niej były dowodem na to, że nie zniknęła.
Oparłam się o framugę drzwi.
„Wiesz, pani Besson… ja też czasami całe dnie biegam i nikt mnie nie pyta, jak się czuję”.
Spojrzała na mnie inaczej. Nie z litością. Ze zrozumieniem.
Wyjąłem więc telefon, sprawdziłem godzinę przerwy i powiedziałem:
„Zostało mi jeszcze kilka dostaw. Ale za pół godziny mam przerwę. Jeśli pani nie ma nic przeciwko, wrócę. Bez żadnych paczek”.
Jej oczy napełniły się łzami.
„Nie musi pani”.