Przez marzec i kwiecień Patrycja dzwoniła rzadziej niż zwykle. Tłumaczyła się pracą, remontem u Darka w łazience, wizytami u teściowej. Nie naciskałam. Miałam swoje dyżury, swoje zmęczenie, swoją ciszę po nocnych zmianach. Pytałam czasem, jak z mieszkaniem. Odpowiadała krótko – że szukają, że rynek trudny, że jeszcze nic konkretnego.
A potem był ten poniedziałek w maju.
Kawa. Telefon. Instagram. Palma.
Pierwsza fotografia: Patrycja i Darek przy basenie, koktajle w dłoniach. Druga: plaża z białym piaskiem, ona w nowym kostiumie. Trzecia: kolacja przy świecach, jakieś owoce morza na talerzu, butelka wina. Czwarta: selfie we dwoje, opaleni, roześmiani. Podpis pod galerią: “W końcu nam się należało”.
Siedziałam z telefonem w ręku chyba dwadzieścia minut. Kawa wystygła. Palce mi zdrętwiały od ściskania obudowy. Nie płakałam. Było we mnie coś gorszego niż płacz – taka cisza, jakby ktoś wyłączył dźwięk w środku.
Zadzwoniłam do niej dopiero następnego dnia. Nie chciałam dzwonić w emocjach, bo wiedziałam, że powiem coś, czego nie cofnę. Trzydzieści pięć lat pielęgniarstwa nauczyło mnie jednego: w kryzysie najpierw oddychaj.
– Widziałam zdjęcia z wakacji – powiedziałam spokojnie. – Dominikana. Ładnie tam.
Cisza. Potem szybkie:
– Mamo, to był prezent od Darka. On to opłacił ze swoich pieniędzy. Działka to co innego, te pieniądze leżą na koncie.
– Na jakim koncie?
– Na oszczędnościowym. Czekamy na odpowiednią ofertę.
– Patrycja, wyjazd do Dominikany to nie jest weekend nad Zalewem. To kilkanaście tysięcy złotych.
– Mamo, nie będziemy teraz o tym rozmawiać.