Pierwszy sygnał przyszedł, kiedy skręciłyśmy z głównej drogi. Ośrodek stał w lesie sosnowym, za metalowym ogrodzeniem pomalowanym na zielono. Na bramie wisiała tabliczka, ale Agnieszka podjechała tak szybko, że nie zdążyłam przeczytać. Budynek był jednopiętrowy, długi, z szerokim podjazdem i rampą zamiast schodów.
– To dla wózków plażowych – powiedziała Agnieszka, zanim zdążyłam zapytać.
Na recepcji – bo to nie była zwykła recepcja hotelowa, to był kontuar z pleksiglasową szybą i dyżurką za nią – kobieta w białym fartuchu uśmiechnęła się do mnie i powiedziała: dzień dobry, pani Wiesławo, czekaliśmy na panią.
Znali moje imię.
Spojrzałam na Agnieszkę. Stała z teczką papierów, którą wyciągnęła z torby, i podawała je kobiecie za szybą.
– Co to za papiery? – zapytałam.
– Formalności, mamo. Takie jak w każdym ośrodku.
– Jakim ośrodku?
Wtedy kobieta w fartuchu powiedziała coś o pobycie rehabilitacyjno-opiekuńczym, o planie dnia, o wizytach lekarskich, o tym, że pokój jest jasny i z widokiem na ogród. I coś we mnie zamarło. Nie krzyknęłam. Nie zapłakałam. Stałam z tą torbą z kanapkami i czułam, jak ziemia pode mną się przesuwa.
– Agnieszka – powiedziałam cicho. – Co ty zrobiłaś?
Córka odwróciła się do mnie i zobaczyłam, że jej podbródek drży. Miała czerwone oczy. Przygryzała wargę tak mocno, że skóra zbielała.
– Mamo, ja nie daję rady – powiedziała. – Nie śpię po nocach. Boję się, że zadzwonią, że leżysz na podłodze i nikt nie wie. Damian mówi, że muszę coś zdecydować, a ja nie umiem. Ten ośrodek jest dobry, sprawdzałam. To na dwa tygodnie. Na próbę.
– Nie pytałaś mnie.
– Bo byś się nie zgodziła.
Miała rację. Nie zgodziłabym się. Ale to nie znaczy, że miała prawo decydować za mnie.
Pierwszą noc spędziłam w pokoju z widokiem na sosny. Łóżko było szpitalne, z barierką z jednej strony, choć ktoś narzucił na nie zwykłą narzutę w kolorze brzoskwiniowym. Na szafce stał plastikowy wazonik z jednym gerberą. Na korytarzu co godzinę zapalało się światło i słyszałam kroki pielęgniarki.
Nie spałam. Leżałam i myślałam o tym, jak Agnieszka miała siedem lat i bała się ciemności, więc zostawiałam uchylone drzwi i lampkę na korytarzu. Pamiętam, jak wołała: mamo, jesteś? A ja odpowiadałam: jestem, śpij. Zawsze byłam. Trzydzieści pięć lat byłam. A teraz ta sama dziewczynka podpisała za mnie papiery i odjechała.
Rano przyszła terapeutka zajęciowa z planem dnia. Gimnastyka, śniadanie, spacer w ogrodzie, zajęcia plastyczne, obiad, odpoczynek, podwieczorek, film w świetlicy. Jak w przedszkolu. Tyle że przedszkolaki nie mają artretyzmu i nie pamiętają, że kiedyś prowadziły własny zakład.
Trzeciego dnia zadzwoniłam do Ireny. Powiedziałam jej, gdzie jestem. Irena zamilkła na dłuższą chwilę, a potem powiedziała: