– Wiesława, ty masz pełne prawo stamtąd wyjść. Wiesz o tym?
Wiedziałam. Ale coś mnie trzymało. Może to, co zobaczyłam w oczach Agnieszki na tym korytarzu – ten strach, który nie był grą. Może to, że nie chciałam być matką, od której córka ucieka, bo ta matka jest zbyt uparta, żeby przyjąć pomoc. A może po prostu byłam za zmęczona, żeby walczyć.
Piątego dnia Agnieszka zadzwoniła. Rozmowa trwała trzy minuty. Zapytała, jak się czuję. Powiedziałam: jak więzień, który ma ładny widok z celi. Agnieszka się rozpłakała. Rozłączyłam się.
Ósmego dnia poszłam na spacer po ogrodzie z panią Heleną, osiemdziesięcioletletnią byłą nauczycielką z Lęborka, która trafiła tu po złamaniu biodra. Helena opierała się na moim ramieniu i opowiadała o synu, który przyjeżdża co niedzielę z ciastem i wnuczką.
– A pani córka? – zapytała.
– Moja córka mnie tu przywiozła – powiedziałam.
Helena pokiwała głową. Nie powiedziała, że to okropne. Nie powiedziała, że córka nie miała prawa. Powiedziała:
– Boi się o panią. Głupio to zrobiła, ale się boi.
W dziesiątym dniu zrozumiałam, że Helena ma rację. Agnieszka nie chciała się mnie pozbyć. Agnieszka chciała przestać się bać. Różnica jest ogromna, choć z zewnątrz wygląda tak samo.
Dwunastego dnia zadzwoniłam do córki i powiedziałam: przyjedź. Nie po mnie. Do mnie. Chcę z tobą porozmawiać jak dorosła z dorosłą, a nie jak pacjentka z opiekunką.
Przyjechała następnego dnia. Usiadłyśmy na ławce w ogrodzie, między klombami z bratkami, i przez godzinę rozmawiałyśmy tak, jak nie rozmawiałyśmy od lat. Powiedziałam jej, że to, co zrobiła, bolało bardziej niż upadek na chodniku. Że straciłam do niej zaufanie. Że jestem starsza, ale nie jestem rzeczą, którą się oddaje do przechowalni.
Agnieszka słuchała. Nie tłumaczyła się. Pod koniec powiedziała tylko:
– Nie wiedziałam, jak inaczej, mamo. Przepraszam.
Nie powiedziałam, że jej przebaczam, bo jeszcze nie przebaczyłam. Powiedziałam, że ją kocham i że to jest prawda niezależna od przebaczenia.
Wróciłam do domu czternastego dnia, zgodnie z planem. Agnieszka odwiozła mnie do Płocka. Pomogła wnieść walizki, sprawdziła lodówkę – tym razem zapytała, czy może – i pojechała.
Wieczorem zrobiłam sobie herbatę z cytryną, usiadłam w fotelu i przez okno patrzyłam na osiedlowy plac zabaw. Na stoliku obok leżała niebieska sukienka w kwiaty, nierozpakowana.
Morza tak naprawdę nawet nie widziałam. Ale chyba i tak dowiedziałam się czegoś, po co się tam jeździ.