Ciąg dalszy historii

Zauważyła notes i zesztywniała. – Co robisz, tato? – Pracuję – odpowiedziałem krótko. – On cię zabije. Ma ludzi wszędzie: policję, polityków, ochronę. Nie rozumiesz… – Jest śmiertelny – przerwałem. – Reszta to szczegóły. W jej spojrzeniu błysnęło coś, co przypominało nadzieję. Pamięć. Może tę dawno utraconą wiarę w ojca. – Idź odpocząć – powiedziałem. – Zostanę tu. Poszła, ledwo stawiając kroki. Po dwudziestu minutach – równy oddech z sypialni. Wyjąłem telefon. Stary numer. – Łukasz? – głos ochrypły, jakby z przeszłości. – Nie spodziewałem się. – Piotr. Potrzebuję twojej pomocy. – Po tylu latach? Co się stało? – Córka. Jej mąż – bogaty, wpływowy. Ma znajomosci w policji. Potrzebuję twoich ludzi. Krótka cisza. Potem tylko: – Adres. Podyktowałem. Nie pytał o nic więcej. Starzy żołnierze nie pytają, gdy słyszą głos pozbawiony emocji. Trzy godziny później, o siódmej rano, na parkingu nad Saoną zatrzymał się czarny van. Wysiadło trzech mężczyzn. Łukasz – siwiejący, z bliznami jak cięcia noża na twarzy. Za nim dwóch młodszych, bez wyrazu, jakby z innego świata. – Nadal potrafisz, stary? – próbował się uśmiechnąć. – Czasem – odpowiedziałem. – Praca to praca. Ruszyliśmy na górę.