W środę zadzwoniła.
– Mamo, co się dzieje? Nie odbierasz, nie odpisujesz.
– Monika – powiedziałam spokojnie, chociaż ręce mi drżały. – Spotkałam Halinę w Biedronce. Tę twoją sąsiadkę. Gratulowała ci nowego samochodu.
Cisza. Taka cisza, w której słyszałam, jak Monika oddycha, jak szuka słów, jak jej mózg pracuje nad wersją wydarzeń, która by pasowała.
– Mamo, to nie tak…
– A jak?
– To Rafał… On chciał, ja byłam przeciwna, ale on mówił, że stary się sypie i że potrzebuje do pracy… Mamo, to leasing, to nie jest tak, że mamy pieniądze…
– Ale na leasing macie, a na łazienkę nie macie?
Znowu cisza. Dłuższa.
– Mamo, ty nie rozumiesz…
– Rozumiem, Monika. Rozumiem doskonale.
Nie krzyczałam. Nie płakałam. Powiedziałam jej, że pieniędzy nie pożyczę. Że nie chodzi o piętnaście tysięcy – chodzi o to, że zadzwoniła do mnie ze łzami w głosie, mówiąc, że nie mają z czego żyć, a dwa dni wcześniej odebrała nowy samochód z salonu. Że mam prawo czuć się oszukana, bo zostałam oszukana.
Monika próbowała jeszcze tłumaczyć – że to Rafał zdecydował, że ona nie miała wpływu, że te dwie rzeczy nie mają ze sobą nic wspólnego. Powiedziałam:
– Mają, córeczko. Bo obie dotyczą tego, za kogo mnie uważacie.
Rozłączyłam się.
Minął tydzień, potem drugi. Monika nie dzwoniła. Ja też nie. Władek by powiedział, że jestem uparta jak osioł, ale Władka nie ma i nie ma komu mnie łagodzić. Szyłam firany dla pani z trzeciego piętra, podlewałam pelargonie, chodziłam na cmentarz w niedzielę. Życie szło dalej, tylko cicho było w telefonie.
Po trzech tygodniach przyjechała. Bez zapowiedzi, w sobotę rano. Stała pod drzwiami z Kubusiem na ręku i reklamówką, w której były sernik i truskawki. Kubuś wyciągnął do mnie ręce i powiedział “baba”, a ja wzięłam go, bo jestem babcią i nie umiem inaczej.
Usiadłyśmy w kuchni. Monika milczała długo, kroiła sernik na małe kawałki, jakby to było najważniejsze zadanie na świecie.
– Mamo, przepraszam – powiedziała w końcu. – Nie powinnam była. Wiedziałam o aucie i zadzwoniłam do ciebie, bo pomyślałam, że ty i tak nie sprawdzisz. Że dasz, bo zawsze dajesz. I to jest… to jest obrzydliwe. Wiem.
Patrzyłam na nią. Na moją córkę, trzydziestodwuletnią kobietę, która wstydzi się podnieść na mnie oczy. Chciałam powiedzieć, że nic się nie stało, jak robiłam przez całe życie. Że rozumiem. Że każdemu się zdarza.
Ale tym razem nie powiedziałam.
– Cieszę się, że to widzisz – powiedziałam. – I chcę, żebyś wiedziała, że cię kocham. Ale pieniądze pożyczę ci wtedy, kiedy będę pewna, że mówisz mi prawdę. Nie wcześniej.
Monika skinęła głową. Kubuś rozrzucał okruszki sernika po mojej ceratce w słoneczniki. Przez otwarte okno wiał ciepły wiatr i pachniało bzami z podwórka.
Piętnastu tysięcy nie pożyczyłam. Łazienkę, jak się okazało, wyremontowali sami – Rafał wziął nadgodziny, Monika dorabiała wieczorami. Może powinni byli to zrobić od początku. A może po prostu musiałam w końcu powiedzieć “nie”, żebyśmy obydwie się czegoś dowiedziały o sobie.
Czasem kocham córkę najbardziej właśnie wtedy, kiedy odmawiam.