
Czterdzieści lat przepracowałam w sklepie, a mąż powtarzał, że “baby idą do pracy dla zabawy”. Po jego zawale wszystko opłacamy z mojej emerytury i mojego ubezpieczenia.
W zeszłym tygodniu poprosił, żebym nie mówiła o tym przy gościach. Nalałam mu herbaty i nic nie powiedziałam.
Herbatę zalałam wrzątkiem dokładnie w momencie, gdy Leszek powiedział to zdanie. Stałam przy blacie z czajnikiem w ręku, patrzyłam, jak liście się rozwijają w kubku, i czułam, że coś we mnie pęka. Cicho, bez trzasku. Jak nitka w swetrze, którą ciągniesz palcem i nagle masz dziurę.
– Wiesiu i Krysia jutro wpadną na obiad – dodał, jakby nic. – Zrobiłabyś te kotlety, co zawsze?
Postawiłam kubek przed nim. Herbata pachniała miętą. Leszek nie podniósł wzroku znad telewizora.
Mam na imię Wiesława, ale wszyscy mówią do mnie Wiesia. Mam sześćdziesiąt trzy lata i od dwóch jestem na emeryturze. Przez czterdzieści lat pracowałam w sklepie spożywczym na osiedlu Tysiąclecia w Częstochowie.
Zaczynałam jako ekspedientka, skończyłam jako kierowniczka zmiany. Wstawałam o piątej, wracałam o trzeciej, a w grudniu – o szóstej. Czterdzieści lat na nogach, przy kasie, przy rozładunku, w chłodni, gdy trzeba było sprawdzić daty na jogurtach.
Leszek przez te lata powtarzał jedno: że babska praca to nie praca.
Nie mówił tego złośliwie. Przynajmniej nie zawsze. Częściej z takim lekceważeniem, jakby komentował pogodę. Wracałam zmęczona, zdejmowałam buty, a on spod gazety rzucał:
– No, jak było w tym twoim sklepiku?
Sklepik. Sto dwadzieścia metrów kwadratowych, trzynastu pracowników, cztery kasy, magazyn, dostawy trzy razy w tygodniu. Ale dla Leszka to był sklepik, a moja praca – zabawa.