Jeden człowiek z administracji powiedział:
— Rozumie pan, że jeśli pozwolimy panu, jutro wszyscy będą chcieli?
Odpowiedziałem za ostro:
— A jeśli jutro jeszcze jedno dziecko nie będzie spało 14 nocy, to może dobrze, że ktoś będzie chciał?
Potem przeprosiłem. Bo on nie był wrogiem. Bał się odpowiedzialności.
W końcu pozwolili nam 2 razy w tygodniu. Najpierw nie w sali, tylko w małym pokoju odwiedzin. Biszkopt wchodził osobnym wejściem. Przynosiłem jednorazowe prześcieradło. Po nas wszystko było myte i odkażane.
Mikołaja wożono tam na wózku.
Za pierwszym razem się złościł.
— Czemu nie do sali?
— Takie zasady.
— Nienawidzę zasad.
Nie powiedziałem: ja też.
Dorosły czasem musi się trzymać, nawet kiedy w środku nienawidzi tego samego.
Biszkopt wchodził, kładł pysk na jego kolanach, a Mikołaj ściskał palcami jego ucho.
Potem pozwolili nam 3 razy w tygodniu.
Jedną wizytę odwołali, bo u innego dziecka na piętrze była reakcja alergiczna. Mikołaj odwrócił się wtedy do ściany i nie mówił do mnie do wieczora.
Innym razem Biszkopt nie przyjechał, bo sam dostał gorączki. Siedziałem w samochodzie pod lecznicą weterynaryjną i płakałem ze złości. Na siebie. Na świat. Na to, że nawet pies nie jest z żelaza.
Ale kiedy wizyty się udawały, Mikołaj spał.
Nie zawsze długo. Nie zawsze od razu. Ale lepiej niż wcześniej.
Nie powiem, że pies go wyleczył.
To byłoby nieuczciwe wobec lekarzy, którzy dzień po dniu ciągnęli mojego syna z powrotem. Wobec pielęgniarek, które zmieniały kroplówki. Wobec leków, których nazw do dziś nie umiem wypowiedzieć bez zimna w brzuchu.
Ale po Biszkopcie Mikołaj zaczął odpoczywać. Jego ciało jakby przestało walczyć jeszcze z samą salą.
Mniej się zrywał.
Zaczął jeść po kilka łyżek.
Pewnego ranka poprosił o telefon, żeby zobaczyć zdjęcie Biszkopta.
Dla kogoś to drobiazg.
Dla ojca w szpitalu to prawie święto.
Stara niebieska smycz stała się naszym drugim znakiem.
Kiedy Biszkopt nie mógł przyjechać, Mikołaj trzymał ją w ręce. Może to nie miało żadnego medycznego sensu. Ale dziecku nie zawsze potrzebny jest sens. Czasem potrzebna jest rzecz, która pachnie domem.
Po kilku miesiącach wypisali nas do domu.
Nie było jednego pięknego dnia jak w filmie. Przedtem były gorsze wyniki, strach, jeszcze jedna gorączka, moja głupia kłótnia z lekarzem i słowa Mikołaja: „Ja już nie mogę”.
Ale dzień wypisu przyszedł.
Wiozłem go do domu bardzo powoli. Omijałem każdą dziurę w drodze, jakbym wiózł szkło.
Biszkopt czekał przy drzwiach. Trzymał go sąsiad, bo bałem się, że pies przewróci Mikołaja z radości.
Nie utrzymał.
Biszkopt wyrwał się, ale nie skoczył. Podbiegł, zatrzymał się, przycisnął głowę do kolan Mikołaja i zamarł.
Mikołaj usiadł prosto na podłodze w korytarzu.
— Wróciłem, głupku — powiedział.
Wtedy już się nie chowałem. Płakałem w drzwiach, jak stałem.
Pierwszej nocy w domu nie spałem.
Mikołaj leżał w swoim łóżku. Biszkopt wzdłuż jego pleców. Stopa pod psim pyskiem. Stara niebieska smycz wisiała na krześle.
Stałem w drzwiach i słuchałem, jak oddychają.
Minęło 6 miesięcy.
Mikołaj chodził już do szkoły na kilka lekcji. Biszkopt posiwiał przy pysku, chociaż nie był jeszcze stary. Wróciłem do pracy.
Miałem pieniądze, które odkładałem 4 lata na roboczego busa. Stary psuł się co miesiąc. Bez normalnego auta trudno było brać zlecenia.
12 000 zł.
Dla kogoś może nie majątek. Dla mnie bardzo dużo.
Pewnego wieczoru zadzwoniła Ania.
— Panie Tomaszu, u nas znowu jest dziecko, które nie śpi. Inna sytuacja, nie taka sama. Ale podobna. Mama pyta, czy da się jakoś załatwić wizytę ich psa. A my dalej nie mamy programu. Tylko wyjątki i papiery za każdym razem.
Nie prosiła o pieniądze.
I właśnie to było najtrudniejsze.
Bo gdyby poprosiła, mógłbym powiedzieć, że nie mam. A tak całą noc chodziłem po mieszkaniu i myślałem.
Bus.
Praca.
Rachunki.
I ten mały pokój w szpitalu, gdzie Mikołaj pierwszy raz od 14 nocy zasnął.
Rano powiedziałem synowi:
— Pojadę do szpitala. Porozmawiać.
Spojrzał na mnie uważnie.
— Przez Biszkopta?
— Tak.
Opowiedziałem mu o pieniądzach. O busie. O tym, że przez fundację można pomóc zrobić nie wielki program, ale chociaż początek: zasady, szkolenie wolontariuszy, osobny pokój, kontrole, pokrycie kosztów.
Mikołaj milczał.
Potem zapytał:
— A ty bez busa dasz radę?
Chciałem od razu powiedzieć, że dam. Ale nie będę robił z siebie świętego.
— Będzie ciężko.
— A ja wtedy bez Biszkopta nie dawałem rady.
To nie była prośba. On po prostu powiedział prawdę.
Przelałem te 12 000 zł przez fundację przy szpitalu. Nie gotówką w kopercie, jak w filmie. Z dokumentami, opisem celu, podpisami. Trzy razy wszystko czytałem, bo bałem się, że pieniądze pójdą nie tam.
W liście napisałem krótko:
„Na bezpieczne wizyty zwierząt dla dzieci, którym lekarze na to pozwolą. Mój syn nie wyzdrowiał od psa. Ale zaczął spać, kiedy pies oddał mu poczucie domu”.
Ania przeczytała i odwróciła się do okna.